265. Jak Zjawa, jak Lizabeth Salander, z Czeluści… powraca Kulturalny Typ! vol. 4

Ktoś mi ostatnio powiedział, że ostatnio na blogu tylko bieganie i bieganie. Jako, że nie chcę sam się zaszufladkować to szybko ubrałem buty do biegania, poszedłem na dół, otworzyłem drzwi do piwnicy i…. wypuściłem stamtąd Kulturalnego Typa, który siedział w niej zamknięty od trzeciej odsłony cyklu.

Okazało się, że jest taki zdołowany tymi wszystkimi katastroficznymi wizjami, że zaszył się i nie było go na blogu dwa miesiące.

Ale dosyć tego, dziś nadszedł czas na kulturę przez duże Q, oto nadchodzi…

Kulturalny Typ vol. 4

Nie wiem jak to się stało, ale obejrzałem ostatnio całą ceremonię wręczania Złotych Globów. Tamtych kilku godzin nikt mi już nie odda (#smuteczek) ale po wszystkim napaliłem się niesamowicie na Leonarda Dicaprio. To znaczy nie konkretnie na niego, ale na najnowszy film z jego udziałem. I dzięki temu, dziś na blogu pojawia się..

Zjawa – the Revenant

Aż do piątku, 29 lutego (na ten dzień przewidziana była polska premiera oraz nasza rezerwacja biletów) nie wiadomo dlaczego strasznie podniecałem się tym, że zobaczę ten film. Mało brakowało, a zaczepiałbym ludzi na ulicy (powstrzymałem się głównie dlatego, że większość czasu przemieszczam się autem) i opowiadał, że idę na Zjawę. A oni pewnie by się dziwili, że dziwny człowiek zatrzymał ich na ulicy aby pochwalić się, że będzie oglądał film, zamiast powiedzieć, że jest wege.

W piątek mój entuzjazm nieco osłabł, ponieważ przeczytałem gdzieś w międzyczasie, że film reżyseruje Alejandro González Iñárritu czyli ten sam facet, który próbował zanudzić mnie Birdmanem. Trudno, raz się żyje.

Na moje szczęście Zjawa to nie Birdman.

zjawa birdman

brodaczu w dziwnym szaliczku, nie popsuj „Zjawy”!

Film opowiada historię Hugh Glassa (luźno opartą na prawdziwych wydarzeniach – UWAGA SPOILERY w linku), a właściwie jego jednej, najbardziej znanej przygody.

Podczas jednej z wypraw łowieckich Hugh, został zaatakowany przez niedźwiedzia i okrutnie wręcz poturbowany. Wymknął się śmierci, lecz wkrótce jego towarzysze porzucili go, nie dając mu już większej nadziei na przeżycie. I właśnie w tym momencie rozpoczyna się jego przygoda, której nie będę Wam już dalej opowiadał (obejrzycie, to zobaczycie)

Historia opowiedziana w filmie jest w zasadzie bardzo prosta i liniowa. Dalsze losy głównego bohatera są banalne do przewidzenia i bardzo łatwo jest domyślić się jak to wszystko się zakończy (czy główny bohater zginie? hmmm. Czy główny bohater da radę? hmmm)

Nie oznacza to bynajmniej, że film jest nudny – w żadnym wypadku. Twórcy postarali się, aby każda scena była zrealizowana tak, aby trzymała w napięciu i sprawiała, że widzowie zaciskają zęby z przejęcia.

Glass – grany przez Dicaprio brnie przez śnieg? Ale jak on brnie, widownia aż marznie w stopy!

Dicaprio puszcza nosem bańki? Ale jakie to bańki, 3 osoby zapytały mnie podczas tej sceny czy nie mam przypadkiem chusteczek.

Dicaprio akurat morduje kogoś nożem atakując go z zaskoczenia? O w mordę, co ty człowieku robisz w tym kinieeeee…..

zjawa kulturalny typ jestesmyfajni

tak, to ten sam koleś który grał w Titanicu i Niebiańskiej Plaży

Poszczególne sceny są zrealizowane tak, że oglądając je wydaje się, że właśnie tak było. Akcja aż z nich kipi ale jednocześnie idealnie pasują do mojego wyobrażenia o epoce. Szczególnie zapadła mi w pamięć scena, gdzie Glass był masakrowany przez niedźwiedzia. Wydawało by się, że Hollywood powinno zafundować widzowi pokaz będący mieszanką walk karate z efektowną strzelaniną a na koniec dodać jeszcze interwencję Transformersów (koniecznie czarnych #OscarsSoWhite).

Tymczasem wygląda to zgoła inaczej – wręcz do bólu naturalnie (i znowu – zobaczycie – przekonacie się)

zjawa jestesmyfajni kulturalny typ

nie myślałem, że kiedykolwiek to powiem, ale ta scena zyskuje dzięki temu, że nie ma w niej karate i karabinów maszynowych. I samochodów. I gołych kobiet. Nawet brak Transformersow przebolałem.

Leo daje z siebie wszystko i choć wypowiada chyba najmniej słów ze wszystkich grających w filmie aktorów, to wygląda na to, że tym razem dochrapie się tego Oscara. Również Tom Hardy grający Johna Fitzgeralda robi dobrą robotę ze swoim teksańskim akcentem i bezwzględną rządzą przetrwania.

tom hardy i brwi willa poultera

Bym zapomniał – w filmie grają też brwi Willa Poultera przyczepione do szkaradnej twarzy Willa Poultera

zjawa jestesmyfajni will poulter

Podsumowując – zjawa to film prostu do bólu ale z dobrą historią, dobrą grą aktorską a przede wszystkim nakręcony tak, że trzyma w napięciu od pierwszych minut aż do samego końca. Przekonałem się, że aby nie usnąć w konie wcale nie potrzebuję strzelanin ani pościgów samochodowych – wystarczy brodaty facet przedzierający się przez zaspy śniegu w brudnych ciuchach (i nie, nie piszę o kryzysie migracyjnym w Europie).

Przy okazji obejrzenia filmu naszła mnie pewna refleksja – ludzie w tamtych czasach chodzili obrani w lekkie szmaty, okryci skórami zwierząt; brodzili po kolana w lodowato zimnej wodzie mając na sobie skórzane spodnie, nie mieli nawilżających kremów a o „inteligentnych” materiałach mieli usłyszeć dopiero za jakieś 200 – 300 lat. I dawali radę. A MI SIĘ CHOLERA NIE CHCE WYJŚĆ POBIEGAĆ BO LEKKO PADA. Zawiodłem się na sobie.

Zjawa dostaje u mnie

9 na 10 w skali fajności

A i jeszcze jedno. Myślę, że gdybym mógł w każdej chwili spauzować film i zrobić sobie przerwę to nie zrobił by na mnie takiego wrażenia. Więc idźcie do kina – bo warto.

Co Nas Nie Zabije – David Lagercrantz

Czytaliście trylogię Millenium Stiega Larssona? Jeśli lubicie dobry kryminał, wyrazistych bohaterów, poplątaną akcję i historie, która mimo wielu zakrętów spina się i zazębia pod koniec książki, zostawiając czytelnika ze stwierdzeniem „a więc TO TAK było” to koniecznie musicie zapoznać się z tą serią.

Wszystkie trzy książki napisane przez Larssona są idealne. Choć łączą się ze sobą postaciami głównych bohaterów, to każda kładzie nacisk na inne osoby (pierwsza część to zdecydowanie Mikael Bloomkvist, drugą zagarnęła Lizabeth Salander a w trzeciej panoszą się szwedzkie służby specjalne) i opowiada zupełnie inną historię.

Ciekawa jest też historia samego autora, który zmarł przed wydaniem serii Millenium i dopiero pośmiertnie stał się drugim najpoczytniejszym autorem 2008 roku i symbolem Szwecji jak Ikea, Volvo, czy cel polskiej emigracji zarobkowej lat 80 i 90tych.

trylogia millenium

Gdy dowiedziałem się, że powstaje czwarta książka o przygodach Kalle Bloomkvista i Lizabeth Salander wiedziałem, że będę musiał przeczytać tą książkę. Nie zrażałem się nieprzychylnymi recenzjami w Internecie (haters gonna hate), wiedziałem za to, że zanim zabiorę się za czwartą cześć będę jeszcze raz musiał przypomnieć sobie trylogię.

Przez wszystkie trzy książki Larssona przebrnąłem bez zmęczenia, odkrywając je na nowo (szczególnie trzecią część, której prawie nie pamiętałem a która okazała się być ŚWIETNA). W końcu, po przeczytaniu ostatnich stron Zamku z Piasku, Który Runął wziąłem do ręki Co Nas Nie Zabije… i zabrałem się do lektury. I co?

co nas nie zabije jestesmyfajni kulturalny typOtóż te wszystkie złe opinie, krytyczne teksty, hejty… TO WSZYSTKO PRAWDA.

Być może ktoś, kto nie czytał wcześniejszych części (albo czytał je dawno temu) nie zauważy od razu zupełnie innego stylu, który charakteryzuje Davida Lagercrantza. Nie potrzeba jednak ani fana Larssona, ani nawet specjalnego znawcy literatury aby odkryć, że Co Nas Nie Zabije to po prostu tragicznie słaba książka, coś, co powinno zostać wydane w miękkiej oprawie, w kieszonkowej formie, jako książka którą kupujesz aby poczytać w pociągu i zostawiasz w kolejowej toalecie (nie, żebym kiedykolwiek planował wejść do toalety w pociągu – po prostu alegoria taka).

Ta książka jest jak film, który nakręcono dla kasy jako kolejny sequel a głównych bohaterów grają inni aktorzy, bo ci z poprzedniej części nie zgodzili się wziąć udziału w takim gniocie.

Lizabeth Salander staje się super szpiegiem, strzelcem wyborowym, najlepszym hakerem w Internecie (uwaga – hakuje w pojedynkę NSA – National Security Agency czyli największą elektroniczną agencję wywiadowczą świata) oraz świetną opiekunką autystycznego dziecka. W książce brakuje tylko aby zajęła się jeszcze hodowlą jedwabników.

Mikael Bloomkvist z niepokornego dziennikarza i podrywacza staje się plackiem, na którego nie warto zwracać uwagi.

Pozostali „dawni” bohaterowie również stają się bezpłciowi i nudni a z trylogią łączą ich tylko nazwiska.

W książkach Larssona akcja była poprowadzona tak, że każdy kolejny rozdział wyzwalał we mnie chęć przeczytania jeszcze jednego. I następnego po nim. W książce Lagercrantza, gdy autor wprowadza czytelnika w nowy wątek można właściwie przewidzieć jak się on skończy – i to nie trzy kartki dalej, tylko na samym końcu książki.

Lektura jest prosta, przewidywalna, a w porównaniu z oryginałem wręcz marna.

Jako fan nowych technologii nie mogę nie odpuścić sobie jeszcze poznęcania się nad tym aspektem książki. Lagercrantz, żyjąc w zupełnie innych technologicznie niż Larsson czasach (gdy powstawały książki z serii Millenium szczytem zaawansowania były pierwsze MacBooki i Sony Ericssony z klapką) nie miał innego wyboru jak wcisnąć Lizabeth Salander w ten nowoczesny świat (w końcu jest hakerką, prawda?). Mogło wyjść z tego coś fajnego, a wyszło… Szkoda gadać. Od razu widać, że autor swoją wiedzę o komputerach czerpie z kącika technologicznego w „Życiu na Gorąco”

Co Nas Nie Zabije dostaje dziś ode mnie:

2,5 na 10 w skali fajności

czyli literatura dobra do czytania na kiblu, ale uwaga – ryzykujecie zaparciem.

Pewnie moja ocena była by dużo wyższa gdybym nie zachwycał sięchwile wcześniej trylogią Larssona. Ale to było by jak zostać fanem Gwiezdnych Wojen po obejrzeniu „Przebudzenia Mocy”. czyli herezja, zdrada stanu i grzech śmiertelny.

I jeszcze ta spadająca gwiazda w ostatnim zdaniu książki… Jedna wielka pomyłka.

A na koniec i poprawę humoru – muzyka!

Czeluść – Volumin #1

czeluść volumin 1

Tym z Was, którzy preferują skoczne rytmy, takie do których można potupać nóżką, dzisiejsza propozycja może nie przypaść do gustu. Chociaż kto wie, posłuchajcie…

Najbardziej znany utwór z płyty za pierwszym razem wyrwał mnie z butów, poskładał i upakował do szuflady. Gdy już z niej wyszedłem, otrzepałem się nieco a muzyka przycichła sam złożyłem się w kostkę, wszedłem z powrotem i poprosiłem: JESZCZE!

Czeluść to kolektyw, założony przez dwóch producentów z Krakowa – JUTRØ i KOSĘ.

Chłopaki grają w krakowskich klubach oraz współpracują z wytwórnią SOHO PALACE, tworząc muzykę, która jest świeża, jest mocna, brudna i tak dudni w głośnikach, że aż mleko w kawie ubija mi się na śmietanę.

A jeśli kawałek TRAVVA był dla Was zbyt spokojny, to macie coś szybszego

Po prostu idealne do auta, domu, pracy na mszę niedzielną – ta muzyka pasuje mi wszędzie. No, może nie do końca nadaje się do biegania, ale po treningu też trzeba posłuchać czegoś dobrego.

Całą płytę możecie przesłuchać na youtubeowej playliście, TUTAJ macie wywiad z jednym z twórców kolektywu, czyli z JUTRØ a jeśli projekt zrobił na Was takie wrażenie jak na mnie – TU można kupić płytę.

W kategoriach muzycznych daję 

9 na 10 w skali fajności

Wystarczy za rekomendację?

A jeśli tęsknicie za Kulturalnym Typem, to jego poprzednie odsłony znajdziecie KLIKAJĄC TU. Jeszcze nie kliknęliście?

4 komentarze na temat “265. Jak Zjawa, jak Lizabeth Salander, z Czeluści… powraca Kulturalny Typ! vol. 4

  1. Kolejna krytyczna recenzja tej książki, chyba się za nią nie zabiore…
    PS:
    Po książki polecam udać się do Carrefoura. Kupiłam właśnie 3 kryminaly, każdy za 9.99 zł 😁

    • Ania, na Twoją prośbę przeczytałem tak szybko jak tylko dałem radę i tak jak napisałem w tekście – nie warto, nie trać czasu i pieniędzy. A książki z wyprzedaży zawsze na propsie – najgorsze, że zamiast zaoszczędzić zwykle i tak wtedy tracę – bo kupuję 3 razy więcej niż planowałem. Potem czytam przez łzy ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.