309. Szczeciński Bieg Noworoczny 2017- jak to dobrze, że cały rok na treningi przede mną [biegamy i jestesmyfajni]

Pierwszy dzień nowego roku do tej pory zawsze wiązał się dla mnie z jednym – Z KACEM.

Tak było do czasu, gdy odkryliśmy wspólnie z P. jak piękny potrafi być Sylwester w domu w towarzystwie jedynie Maryli Rodowicz, Varius Manx, Kombi (brrr, Kombi) i innych “gwiazd”, których nawet nie kojarzę, czyli ogólnie tych wszystkich ludzi, którzy w Sylwestra zamiast dobrze się bawić muszą chałturzyć aby dorobić do artystycznej emerytury.

Całe szczęście, że my mogliśmy siedzieć na luzie w domu – jak dobrze nie być polskim artystą!

Istnieje jeszcze jedna zaleta Sylwestra z bliskimi – mianowicie, aby dobrze się bawić nie potrzeba litrów alkoholu, wystarczy ciepły kocyk, dresik i dobry film (nie musi być aż tak dobry, bo w końcu i tak się zasypia). Zdecydowanie polecam takie świętowanie.

Kolejną przewagą takiego rozwiązania jest fakt, że pierwszego stycznia człowiek budzi się świeżutki jak szczypiorek na wiosnę i trzeźwy jak Jerzy Pilch kilka dni po kolejnym odwyku.

Dlatego też, mogłem w końcu zrealizować swoje marzenie i zacząć Nowy Rok z przytupem i aktywnie! A to wszystko dzięki…

Szczecińskiemu Biegowi Noworocznemu 2017

z którego mam dla Was małą relację.

Na początek muszę przyznać, że mimo iż start był “tylko” na pięć kilometrów to na miejsce jechałem lekko zestrachany. Czy będę miał gdzie zaparkować? Czy na miejscu będą do złapania jakieś fajne Pokemony? No i przede wszystkim – co ja robię, przecież nie biegałem praktycznie od 4 miesięcy!!

Co jak co – te wyniki mówią same za siebie. Co tam mówią – one KRZYCZĄ

Jednak słowo się rzekło i (przede wszystkim) pieniądze za pakiet startowy zostały już wydane, więc można powiedzieć, że sam sobie nie dałem wyboru. Pozostało już tylko wybrać odpowiedni strój…

I wyruszyliśmy na miejsce. Tym razem, oprócz P. postanowiłem też wkręcić w biegowy świat mopsa JJa, czyli kolejnego członka biegowego teamu jestesmyfajni.pl. Jak widzicie, moja drużyna biegowa rozrasta się o nowych członków.

Pakiet startowy odebrałem już wcześniej – trzeba przyznać, że wszystko przebiegło gładko i bez problemów. Organizatorzy dali radę, choć sami przyznali, że jeszcze niedawno porządnie pobalowali. Jak to dobrze, że są na świecie ludzie z poczuciem obowiązku! Taki np. Sejm był wczoraj zamknięty. I kto tu jest bardziej pracowity (pytanie retoryczne).

Na miejscu – tłum ludzi.

Widać, że wszyscy na poważnie wzięli sobie noworoczne postanowienia i zaczęli biegać. Akurat po naszym przybyciu skończyła się rozgrzewka, więc można uznać, że to usprawiedliwia fakt, że jak zawsze jej nie zrobiłem. Ale nie czepiajmy się szczegółów i przejdźmy od razu na start.

pamiątkowe zdjęcie ze startu musi być

Wokół sporo przebranych ludzi. Na szczęście nie ma innych małp, jestem jedynym człekokształtnym, reszta to same homo (sapiens). Jest za to cała menażeria – przebrania od najprostszych, po takie, gdzie od razu widać, że biegacze musieli się nad nimi sporo natrudzić.

SPOILER ALERT – dwie osoby z tego zdjęcie otrzymają (w pełni zasłużenie) nagrodę za najlepszy strój. Ale na razie nie zdradzę kto.

Wszyscy czekają na wystrz..o, strzelili. Ja jak zwykle zaskoczony. Ale ruszamy.

Po pierwsze – tylko trening (mógł mnie uratować)

Po pierwszych dwustu metrach już wiem – te kilka miesięcy przerwy w bieganiu zdegradowało mnie z biegacza niedzielnego do… biegacza niedzielnego!

Uff, czyli nic się nie zmieniło :) Ale na poważnie – różnicę czuję w nogach praktycznie od razu. Nigdy nie byłem specjalnie szybki ale przynajmniej napierałem do przodu jak parowa lokomotywa produkcji rodzimej. Teraz nogi wcale nie mają ochoty mnie nieść, wołają – TRZEBA BYŁO NIE JEŚĆ TYCH LODÓW I CHIPSÓW (to lewa) oraz BOLI MNIE ACHILLES (to prawa).

Jako, iż lekko wstyd było by zejść z trasy po kilkuset metrach mimo wszystko napieram dalej. A tam, okrutne czarne serca organizatorów zaplanowały… podbieg!

Od razu widać, kto wczoraj popił (Ci wypici bardziej parują)

Wiedziałem jednak, że ludzie z Maratończyk Team nie są aż tacy źli. Zaraz za podbiegiem następuje łagodny spadek i moje nogi stwierdzają, że jednak nie wejdą mi tak do końca do dupy.

Korzystając z okazji, że czytacie tą relację – pozdrawiam dziewczyny, które przy amfiteatrze łapały mnie za mój małpi ogonek! Wybaczam Wam, bo wiem, że kusi. Taka jest siła ogonka.

Po tych wszystkich górkach przyszedł czas na długą prostą do pomnika Trzech Orłów…

ten na górze to moje plany (wzlatują wzniośle), pod nimi energia na ich realizację a na samym dole gnieździ się rzeczywistość. Nieco przygnieciona, ale próbuje. To idealny pomnik na 2017 rok! To pomnik na miarę naszych możliwości!

Oraz triumfalne kółko do urzędu miasta i z powrotem. Jeszcze wczoraj odbywał się tu Sylwester a dziś już elegancko wysprzątane. Akurat wyprzedza mnie taki jeden kocur – leci jak przecinak, po drodze przybija piątkę ze starszym panem i krzyczy – Mama leci z tyłu! Szacunek, szkoda tylko, że ten biegacz ma jakieś 13 lat i jest o połowę mniejszy ode mnie. Do czego to doszło. Próbuję go gonić ale nic z tego. Czas pogodzić się z losem i przycisnąć na treningach, może do końca roku będę przeganiał młodzież gimnazjalną (o licealistach mogę zapomnieć).

Chodzi mi o ten mały znikający szary punkt. Jeśli pomyliłem się w liczbie lat to serdecznie przepraszam. Jestem stary. Nie znam się ;)

Moje przebranie pozwala mi poczynić ciekawe obserwacje. Po drodze zostaje nazwany: misiem, misiem Yogi, Pokemonem, Zbigniewem Hołdysem (tylko bez takich!) i małpą. Opanujcie się ludzie, czy ja wyglądam jak miś Yogi? Co najciekawsze to dzieci bezbłędnie rozpoznawały mój strój a dorośli wygadywali bzdury. Wszystko wskazuje na to, że z polską edukacją anno domini 2016 nie było aż tak źle.

Ostatnia prosta i tak oto kończę…

Tak, prawda, nie ma mnie na tym zdjęciu. Jestem jakieś 50 metrów po prawej, zajrzyjcie za ekran, tam mnie widać. a zdjęcie zawdzięczam dulny foto

pierwsze okrążenie! Udało mi się nie zostać zdublowanym. Wprawdzie uratowały mnie sekundy, ale zawsze – pierwszy zawodnik wpadł na metę po 15:55 min, dosłownie kilka metrów za mną. Trzeba też zaznaczyć, że chociaż mnie nie doścignął (metaforycznie), to zdeklasował swoich rywali o ponad 30 sekund. Niestety, nie wykazałem się dziennikarską przenikliwością i nie zapytałem czy wieczorem przed biegiem ostro pochlał czy leciał na świeżaka. Paweł, jeśli to czytasz – daj znać, zżera mnie ciekawość.

Po drugie – drugie okrążenie jest takie samo i inne zarazem

Drugie okrążenie okazało się zadziwiająco podobne do pierwszego. Kto by pomyślał. Po ponownym pokonaniu podbiegu (jak bardzo miałem chęć przystanąć i zapłakać) miałem lekko dość i poważnie myślałem nad sturlaniem się z górki w strefę startu i oddaniu biegu walkowerem.

Niestety, na dawno już minionych studiach odebrałem solidne wykształcenie w dziedzinie matematyki (dwa lata nauki + poprawka co drugie kolokwium). To pozwoliło mi obliczyć, że przy nachyleniu skarp w Parku Kasprowicza i mojej masie własnej (równej masie jądra Ziemi minus 100 do potęgi MacDonalds) zamiast sturlać się do mety stoczyłbym się w otchłań lenistwa i wyparcia.

Więc po prostu biegnę dalej. Dobrze, że ta górka była mała.

a zaraz za nią zbieg

Na przedostatniej prostej popełniam jeszcze mały eksperyment z prędkością biegu – okazuje się, że jak zawsze mogłem dać z siebie więcej. Trzeba będzie potestować własne możliwości na treningach, bo okazuje się, że znowu biegnę zapobiegawczo zbyt wolno.

Kawałek przed finiszem przejmuję jeszcze JJa, który do tej pory tylko kibicował (i sam rwał się do biegowej walki) i razem wpadamy na metę. Zwycięstwo!

Całe szczęście, że cały rok przede mną

Dokładnie tak pomyślałem sobie na mecie. Bieg Noworoczny wypadł świetnie – ale to pod względem organizacyjnym. Ja jestem mokrą plamą rozlaną na asfalcie, która w drodze ewolucji wykształciła sobie odnóża i próbuje biegać. Wychodzi mi? Jak mokrej plamie, ale tym bardziej mam motywację na ten rok ciężkiej biegowej pracy.

A wracając do biegu – cóż, wbrew temu, co sądzą niektórzy szczecińscy zawodnicy – Maratończyk Team nadal potrafi zorganizować fajną imprezę. Po prostu. Wystartowałem, przebiegłem i dobrze się bawiłem.

Nie wygrałem wprawdzie nagrody dla najszybszej kobiety

ani najlepszego nordic walking-owca

Nagroda dla najlepszego mężczyzny też mnie ominęła…

Ale wszystkim zwycięzcom serdecznie gratuluję. Kiedyś Was przegonię! A już najbardziej gratuluję tym najlepiej przebranym. Pssst: mówiłem, że wygrają?

Nie ma to tamto, zasłużyli

…ale fajnie mi się biegło i dobrze wspominam tą imprezę.

Czas na trochę cyferek:

Czas / Dystans 33:44 na 5 kilometrów 
Średnie tempo 6:53 min / km
Najszybszy kilometr drugi (było z górki)
Najwolniejszy kilometr pierwszy? Aż sam jestem zaskoczony
Buty Nike Air Zoom Pegasus 31 (tak, nie dam im odejść na emeryturę)

Ponieważ postanowiłem sobie, że w tym roku będę oceniał imprezy ostrzej, to Bieg Noworoczny dostaje ode mnie 

7 / 10 w skali fajności

W zeszłym roku dałbym ósemkę, ale teraz postanowiłem, że 7 to maksymalna ilość punktów jaką będę przyznawał dobrym biegom, które wywołują uśmiech na mojej szpetnej twarzy ale bez efektu totalnego WOW i podniecenia jeszcze kilka dni później. Bo nie oszukujmy się, Bieg Noworoczny taki nie był, był po prostu fajny. Tylko tyle i aż tyle. 

Jeśli nie biegliście – żałujcie, a jeśli biegliście – to czy Wy też macie dzisiaj takie zakwasy? 

7 komentarzy na temat “309. Szczeciński Bieg Noworoczny 2017- jak to dobrze, że cały rok na treningi przede mną [biegamy i jestesmyfajni]

  1. Pingback: 331. Jak było na Szczecińskim Biegu Noworocznym? I czy ja w końcu zacznę biegać? | jestesmyfajni.pl w nowej, lepszej formie

  2. Pingback: 310. Szczeciński Kalendarz Biegowy na Styczeń 2017 | jestesmyfajni.pl w nowej, lepszej formie

  3. Będę się chwalić – 1 stycznia o 12:00 pobiegłam 10 km z Wieczornym i o 14:00 przyszłam “tylko” pokibicować. Dziś mam zakwasy i zdarte gardło. Powinna być osobna skala oceny biegu dla kibiców, bo mało ich było. Jak to się dzieje, że koleżeństwo, mamy, babcie, żony, mężowie i inni współtowarzysze życia przychodzą na biegi dopingować tylko swoich? Proszę o osobny tekst na ten temat – może uda się wychować trochę kibiców, żeby śpiewem, krzykiem i oklaskami zachęcali też do wysiłku innych biegaczy. Próbowałam zagrzewac innych kibiców do boju, ale może zimno było po prostu a ludzie zmęczeni: zrobić tylko kilka zdjęć swoim i do domu.
    Pozdrawiam serdecznie

    • @Basia – ciekawe jest to, o czym piszesz. Faktycznie, kibice dzielą się na dwie rupy – Ci, kibicujący “swoim” ale są też tacy, którzy zagrzewają do walki wszystkich bez wyjątku (widziałem, przysięgam!). Cóż, chyba wszystko faktycznie wynika z chęci i poziomu wrodzonego lenistwa :) tym bardziej fajnie, że Tobie “się chciało”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.