319. Pyrzycka Szybka Dycha czyli Jacek (na razie) ledwo dycha..

Gdy biega się już jakiś czas to człowiek w końcu łapie się na tym, że wszystkie dobre imprezy biegowe obskoczył już tyle razy, że można by je pobiec z zamkniętymi oczami. Dlatego każde nowe zawody wywołują u mnie szybsze bicie serca i to nie tylko dlatego, że jestem obecnie totalnie bez kondycji.

Tak więc gdy dowiedziałem się, że ludzie z K2 Partners organizują bieg o nazwie

Pyrzycka Szybka Dycha

wiedziałem, że muszę tam pobiec. Poza tym, na początku roku postanowiłem sobie, że w 2017 wrócę do biegowej formy, a osiągnę to dzięki ciężkim treningom i systematyczności zapisaniu się na wszystkie możliwe starty jakie tylko się pojawią.

Tak więc, aby nie przedłużać – w ostatnią niedzielę, chwilę po dziewiątej rano pędziliśmy już z całym moim biegowym teamem w ilości dwóch osób (wliczając mnie samego) i jednego mopsa do kościoła Pyrzyc aby tam wystartować na 10 kilometrów.

przepraszam, spieszę się na bieg!

Pogoda jak to zawsze w dzień biegu zachęcała (do zostania w domu) na szczęście na miejscu było już pogodnie. I zimno, tak zimno jak może być wtedy, gdy o 6 rano wystawiacie nogę spod kołdry. Czyli masakra.

Pędzimy, pada, powinienem pieprzyć Pyrzyce? Przeciwnie! Przybędę.

 

Na początek kilka słów na temat Pyrzyc. Niegdyś, podróżując po Polsce będąc w Pyrzycach mówiło się – o, już zaraz będzie Szczecin. Teraz mieszkańcy Szczecina powoli zapominają o tym, że Pyrzyce w ogóle istnieją. Wszystko przez drogę ekspresową S3, która omija to miasto i sprawia, że jego mieszkańcy wreszcie mogą odpocząć od ruchu tranzytowego. Ja sam kiedyś gościłem tam dość często i zawsze przejazdem – teraz byłem zaskoczony tym, że jest to całkiem przyjemne, niewielkie miasto. Serio, Pyrzyce mają wszystko.

 

Warowne mury…

… teżnie… (co to w ogóle są tężnie?)

i przede wszystkim KEBABY, LODY, ZAPIEKANKI

Serio, dawno nie widziałem takiego nagromadzenia lodów i kebsów w jednym miejscu. Nic dziwnego, że władze miasta postanowiły postawić na ruch.

Przed startem

Jak to zawsze bywa na imprezach od K2 Partners, organizacja w miejscu startu reprezentowała poziom światowy. Była scena, depozyty, gastronomia, sprawnie działające biuro zawodów, ciekawe tylko, dlaczego pozwolono komuś zaparkować na samym środku tą Skodę?

uuuu Panie, za takie parkowanie będzie 5 punktów karnych, 500 złotych mandatu i holowanie (holowanie mnie do mety oczywiście)

Zupełnie bez związku, ale skoro udało mi się uchwycić Spidermana to wrzucam

Czas przed biegiem upłynął mi bardzo szybko (niestety, nie zdążyłem zjeść ani gofra ani lodów kręconych a tym bardziej kebaba) i już trzeba było ustawiać się na starcie. porządnie rozgrzać też się nie zdążyłem, musiał mi wystarczyć trening z JJ-em

i to uczucie, kiedy mops biega szybciej od ciebie.. bezcenne. Ale nawet gdyby miało cenę, to wolałbym go nie kupować. JJ, jeszcze kiedyś Ty pobiegniesz za mną

Nie wiem, czy Wy też mieliście takie wrażenia, ale ja uważam, że na przyszłość warto pomyśleć o nieco innym rozmieszczeniu nagłośnienia. Stojąc (przypadkiem) w okolicach pierwszej, najszybszej strefy startowej miałem momentami wrażenie, że jeśli głośniki jeszcze raz zaryczą to dźwięk sprawi, że pękną mi uszy, oczy i okulary, które zostawiłem w Szczecinie w domu.

Natomiast gdy już ustawiłem się w swojej strefie, to jest na samym końcu – wówczas dźwięk przypominał trochę ten angielski komunikat z Misia

Do poprawki w przyszłym roku a honorarium za pomysł proszę przelać na moje konto, z góry dziękuję. Tym razem szczęśliwie muzyka w słuchawkach zagłuszyła wszystko, włącznie z momentem wystrzału. Zorientowałem się dopiero gdy już wszyscy ruszyli – stanęli – ruszyli – stanęli – ruszyli. Tak, Szybka Dycha już za pierwszym razem była na tyle duża, że pojawiła się na niej startowa czkawka (ej, dobre, chyba opatentuję tą nazwę).

Szybka Dycha jest szybką dychą

Biegnąc tydzień temu w Kołobrzeskim Biegu Zaślubin pod koniec wyrzucałem sobie, że mogłem pokonać trasę szybciej a marny wynik ‚zawdzięczam” zachowawczej postawie. Dlatego teraz wystrzeliłem do przodu jak petarda (taka z przeceny i dwa lata przeterminowana). Pierwszy kilometr okazał się najszybszym w całym biegu – zapomniałem tylko, że mój nie przyzwyczajony do wysiłku organizm potrzebuje jakieś 4 – 5 tysięcy metrów aby w ogóle wejść na obroty.

tutaj dopiero zbierałem się na obroty, ale zdjęcie wrzucam bo lubię takie oznaczenia na asfalcie

Po pewnym czasie musiałem więc porzucić to mordercze (ha – ha) tempo 5:20 na kilometr.

Najszybszy zawodnik swojego tempa nie porzucił. Dobiegł na metę po 30 minutach, czyli o ponad połowę szybciej niż ja. Źródeł jego sukcesu upatruję w butach dopasowanych do koszulki. I w tym, że pewnie było mu zimno, biedakowi i dlatego tak mu się spieszyło.

Trasa biegu, nie bez kozery nazwanego Szybką Dychą faktycznie była szybka. Bez większych podbiegów, praktycznie cały czas względnie prosto – idealna do bicie życiówek.

Jeśli mam się do czegoś doczepić (a po prostu muszę) to do faktu, że zamiast rozpisać ją na długą, 10 kilometrową pętlę organizatorzy postanowili zrobić dwa kółka. Po części jest to zrozumiałe, ale z drugiej strony:

  • nie znoszę zawracać i biegać agrafek
  • nie lubię identycznych okrążeń.

Dodatkowo, planując dwie pięciokilometrowe pętle, na których jednocześnie startują  zawodnicy na 5 i 10 kilometrów trzeba się liczyć z tym, że ci najszybsi zaczną w pewnym momencie dublować tył peletonu. Nie było to najprzyjemniejsze uczucie (to po pierwsze) poza tym mogło rodzić niebezpieczne sytuacje. Z tego co wiem, akurat z tego powodu nikomu włos z głowy nie spadł, ale fakt jest faktem. Od razu zaznaczam, że ja nikogo nie dublowałem, ot, taki jestem porządny.

Na 3 kilometrze mała nauka – jeden biegacz stracił siły, przewraca się i wpada do rowu. Gdy jakieś dobre duszyczki go wyciągnęły próbował biec dalej i znowu nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Wniosek jest taki, że jeśli ma się gorszy dzień, to lepiej odpuścić start, niech już te kilkadziesiąt złotych pójdzie w kanał. A jeśli słabość dopadła niespodziewanie – lepiej nie walczyć z nią na siłę tylko zadbać o własne zdrowie. Mam nadzieję, że dla tego człowieka wszystko dobrze się skończyło. Gdy go zostawiałem (naturalnie nie samego, ale na miejscu było już zbyt wiele osób aby moja obecność zrobiła jakąkolwiek różnice), pomoc była już prawie na miejscu.

Nie będę ukrywał, że pierwsze okrążenie przyszło mi w bólach. Po pokonaniu długiej prostej, nawrotki i pierwszym przebiegnięciu linii mety czułem się mocno zmęczony, bolało mnie lewe kolano i dla równowagi prawy Achilles. Bardzo ale to BARDZO żałowałem, że nie zapisałem się na 5 kilometrów, w końcu byłbym już na mecie.

Dziewięćdziesiąty czwarty kilometr. A nie ukończyłem nawet pierwszego okrążenia

W pewnym momencie pomyślałem sobie – czy to jest nastawienie gościa, który za tydzień biegnie w Poznaniu półmaraton? Jak właściwie mam zamiar pokonać 21 kilometrów w stolicy Wielkopolski, skoro na 6 kilometrze w Pyrzycach zaczynam się nad sobą rozczulać? I tak mnie te myśli bojowo nastawiły, że na ostatnie 4 kilometry znowu nabrałem tempa i na dziesiątym kilometrze prawie dogoniłem tempo samego siebie jakie osiągnąłem zaraz po starcie. Czyli można.

Takich przestrzeni nie będzie za tydzień w Poznaniu. Szczęśliwie to nie była akurat pora rozsiewania gnojówki

Nie zmienia to faktu, że trasę pokonałem dokładnie w dwa razy dłuższym czacie niż najszybszy uczestnik (miał około 30 minut na dychę – ja – godzinę) ale i tak byłem z siebie dumny. Po raz kolejny udało mi się pokonać ograniczenia – przede wszystkim własnego lenistwa- czyli wyjść z domu w tak totalną pizgawicę aby pobiec i dobiec.

wspomniałem już, że lubię te oznaczenia na drodze? Te dopingowały wszystkich przed metą

Was, pozostałych uczestników też podziwiam, a przed najlepszymi to dosłownie chylę czoła (zwycięzca nie dość, że biegł jak maszyna to jeszcze na dodatek ubrany był jak w środku lata).

A po biegu…

Na mecie działo się sporo. Wprawdzie niska temperatura dobijała nieco atmosferę pikniku (słabo się piknikuję przy 4 stopniach Celsjusza, no chyba, że jesteście Eskimosami) ale sytuację poprawiało grzane wino i posiłek pobiegowy albo cokolwiek do czego wszyscy stali w kolejce a ja nie dałem rady, bo odmarzały mi czułki, nibynóżki i wszystkie części ciała, którymi wolę się nie chwalić. Tak więc, po pokonaniu tych dziesięciu kilometrów pokręciliśmy się nieco po trasie, JJ zbił kilka piątek, porobiliśmy trochę zdjęć i ruszyliśmy do domu. Mam nadzieje, że osoba, która dostała moją nagrodę (przecież musiałem coś wylosować, nie?) jest zadowolona.

Myślę, że poza kilkoma rzeczami, które nie przypadły mi do gustu (a innym mogły się podobać) imprezę trzeba zaliczyć do udanych. Naturalnie nie byłbym sobą gdybym nie podsumował i ocenił, więc teraz czas na..

Trzy Po Trzy czyli 3 razy tak i 3 razy nie dla Pyrzyckiej Szybkiej Dychy

Na początek największe zalety

  • Świetna organizacja i oznaczenie trasy. Przez całą trasę nie byłem świadkiem ani jednego niedopatrzenia, zagubionej osoby czy kogoś, kto akurat źle skręcił

bym zapomniał – pochwały i ukłony również dla sprawnie działających wolontariuszy z biura zawodów

  • Płaska, szybka trasa. Idealna, aby trochę się rozpędzić. Bo Szybka Dycha, kumacie, nie?
  • Grzane wino na mecie – co jak co, po każdym biegu powinna być okazja aby sobie chlapnąć. W końcu po ciężkiej robocie należy się nagroda. A poza tym – bo nastukanym czas wolniej płynie (jak głosiła dawno temu Molesta Ewenement)

To były plusy, a minusy?

  • Nie podobały mi się pętle. Chociaż pozwalają dobrze rozłożyć siły to jednocześnie każda kolejna wysysa ze mnie życie szybciej, niż miesiąc środki z konta. Nie lubię krążyć i tyle.
  • nie lubię długo czekać na mecie. Uważam, że po przebiegnięciu ostatniego zawodnika trzeba dać mu złapać oddech i chwilę potem ruszać z atrakcjami typu losowania. Czekanie dodatkowych 20 minut podczas gdy na dworze wiatr przeszywa ludzi do szpiku kości jest błędem
  • Cena – bieg był drogi i nie tylko ja to zauważyłem. wiem, że za dobrą usługę należy się porządna zapłata ale w takim wypadku po co byli ci wszyscy sponsorzy jeśli nie po to aby obniżyć koszty uczestnikom?

Jednakże, parafrazując klasyka – plusy ujemne nie przysłaniają mi dodatnich i nadal uważam, że Pyrzycka Szybka Dycha to fajna impreza, zorganizowana na światowym poziomie. Dlatego daje jej dziś

7 na 10 punktów w skali fajności

głównie po to, aby organizatorzy nie osiedli na laurach i postarali się mnie w przyszłym roku czymś zaskoczyć. Bo to, że się pojawię jest już postanowione. Naturalnie o ile nie pokłócę się do tego czasu z grecką mitologią i Achilles w końcu przestanie na mnie polować :/ 

Zna ktoś z Was jakiegoś dobrego fizjoterapeutę, który potrafi się z tym grekiem policzyć?

a teraz jeszcze obejrzyjcie sobie zdjęcia:

TUTAJ galeria wykonana przez Paulinę i JJa. JJ jest psem i nie ma kciuków, więc doceńcie jego starania. A Paulina pomagała, więc brawo i dla niej ;)

TUTAJ oraz TUTAJ galerie od dulny foto, czyli trzech Panów z drugiej strony (obiektywu). Z tych galerii jak zawsze podkradłem nieco zdjęć, w tym tytułowe.

I przeczytajcie konkurencyjną relację z bloga Biegamsam. On chyba jednak nie biega sam, ale spoko ;) Oraz jeszcze jedną, bardzo fajną fotorelację od Antares-Faktoria

i film. I teraz, to już koniec

 

 

4 komentarze na temat “319. Pyrzycka Szybka Dycha czyli Jacek (na razie) ledwo dycha..

  1. Z tego, co czytam, to było naprawdę nieźle. Chyba trzeba będzie pomyśleć o tym biegu w przyszłym sezonie. : )

    Jestem jednak rozczarowana faktem, że nie napisałeś nic o Biegu Zaślubin. A ja tak lubię Twoje relacje…

    Nie udaje nam się spotkać na ‚mniejszych’ biegach, więc może w Poznaniu się zobaczymy : D

    • @Anniape – sprawdź Szybką Dychę w zeszłym roku – jest fajnie no i jedzie się tam szybciej niż z lewobrzeża na prawobrzeże Szczecina w godzinach szczytu :) Co do Kołobrzegu, to mam napisany spory kawał tekstu ale niestety poległem na rymowance na temat Alkalowo – Biegowo – Zaślubionowej pogody. A potem już czasu brakło i wyszło jak wyszło ;)

      • A rymowanka to ten element, na który najbardziej czekam!

        Wezme Pyrzycka Dychę pod uwagę za rok : )

      • @Anniape – za rok obiecuję bardziej się postarać :D
        Może w ogóle wprowadzę biegozmian – coś na kształt płodozmianu, czyli nie będę biegał rok w rok tych samych imprez – tęsknota dopiero wyzwoli twórcze możliwości :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.