327. Przeczytałem książkę napisaną przez blogera i żyję – czyli mini recenzja „Świnia Ryje w sieci” [Kulturalny Typ vol. 5,5]

Książki. Uwielbiam je czytać prawie tak bardzo jak bardzo mało czasu mam na to ostatnio. Gdyby ktoś z was zastanawiał się ile to dokładnie – odpowiem – bardzo bardzo bardzo (bardzo dużo tych bardzo).

Jednak gry w ręce wpadło mi ostatnio wydawnictwo autorstwa PigOut, czyli blogera, którego jednocześnie lubię czytać i który jednocześnie niesamowicie mnie wkurza, bo pisze dokładnie tak, jak ja chciałbym pisać ale jestem zbyt leniwy miałem dość mieszane uczucia.

Abyście jednak mogli przeczytać ten tekst bez ciągłego zastanawiania się „Książka napisana przez blogera – a co to jest, a komu to potrzebne?” najpierw odrobina wyjaśnienia.

Za Wikipedią:

Książki blogerów – nietypowy, młody gatunek literatury traktującej głównie o modzie, piłce nożnej, grach komputerowych, narkotykach,makijażu, handlu ludźmi, stosunkach damsko-męskich, pasjach Roberta Lewandowskiego oraz innych rzeczach, które interesują zazwyczaj odbiorców tejże (literatury)  – czyli dzieci w wieku od 7 do 13 lat. Wśród reszty populacji praktycznie nieznane. Oprócz lektury nadają się też doskonale do rozpalania ognia, podpierania kapryśnie kołyszącego się stołu oraz do wypełniania półek w Empiku.

Skoro wyjaśnienia mamy już za sobą, to może czas na parę słów o czym w ogóle jest…

Świnia ryje w sieci – czyli z pamiętnika hejtera

Zamiast uderzać w kierunki poradnika o samodoskonaleniu, oszczędzaniu czy jak blogować aby być tak super jak Kominek (żartowałem, Jason Hunt) autor postanowił popełnić po prostu 51 felietonów, w których w sobie charakterystyczny sposób opisał trochę przygód własnych, trochę przemyśleń (też własnych) oraz trochę śmieszno – strasznego otaczającego nas świata, na czele z pocztówkami z polskiego piekiełka.

Wyszła z tego nawet zabawna kompilacja, którą czyta się szybko i bardzo przyjemnie. Na pewno pomaga fakt, że w większości spraw po prostu się z gościem zgadzam i wygląda na to, że gdybyśmy znali się w realu moglibyśmy nawet zostać ziomkami (co w moim przypadku oznacza, że spotykalibyśmy się jakieś 3 razy w roku, co jest mega towarzyskim wynikiem, jeśli o mnie chodzi). Istnieje też możliwość, że bym go znienawidził z racji tego, że ma lepsze pomysły niż ja. Cóż, jeszcze nie postanowiłem.

Naturalnie zdarzają się słabsze momenty, ale większość trzyma poziom a jest też kilka takich, że ewidentne #ZŁOTO – na przykład tekst o fenomenie 50 twarzy Greya, „Mózgu, przestań” czy chociażby nowatorska rozkmina po co w korpo organizuje się wyjazdy integracyjne (nie, nie po to po co myślicie).

No i są duże litery. To też ewidentna zaleta.

Książka ma natomiast trzy wielkie wady.

Pierwsza z nich to brak fabuły. Naturalnie ciężko się jej spodziewać po zbiorze felietonów ale ja lubię dobre fabuły. Następnym razem postaraj się drogi autorze i zasuń coś co będzie miało w sobie więcej ciągu przyczynowo – skutkowego. Zrób to dla mnie! Tej wady nie traktujcie jednak zbyt poważnie, bo to tak jakby czepiać się garnka z zupą, że ma słabe wifi. Czyli bez sensu i w moim stylu.

Druga – to fakt, że jest to dzieło wybitnie blogowo – internetowe. Każdy rozdział nadawał by się idealnie na wpis na bloga i jestem przekonany, że PigOut pisząc kolejne rozdziały pluł sobie w brodę, że musi zatrzymać je do książki, bo byłby to świetny  materiał na blogaska (jeden czy dwa teksty przedostały się chyba nawet z książki do Internetu lub odwrotnie, ale wybaczam, bo sam wiem jak musiało być ciężko utrzymać tyle dobrych tekstów w ukryciu tak długo). Dlaczego jednak widzę w tym wadę? Otóż „internetowy” charakter książki zawęża decydowanie jej krąg odbiorców. Po prostu nie czuję tego, że z pełną świadomością kupi ją ktoś, kto uważa blogi za rzecz z kategorii „ach ta dzisiejsza młodzież” a w necie sprawdza co najwyżej przepisy i prognozę pogody. I z tym wiąże się trzecia, największa chyba wada i zarazem przeszkoda…

Tą książkę napisał PigOut. Gdyby wyszła spod pióra (klawiatury) Jerzego Pilcha, , Adama Mickiewicza, Krystyny Jandy, Popka, Paulo Coehlo, ba Małgorzaty Rozenek czy Cezarego Pazury (mam nadzieję, że autor nie obrazi się za te ostatnie dwa wyjątkowo niskie porównania) to pewnie okrzyknięto by ją „zbiorem błyskotliwych, piorunujących obserwacji na temat współczesnego świata” a Karolina Korwin – Piotrowska maglowała by ją w TVN Style razem z zaproszonymi gośćmi co najmniej kilka tygodni. A skoro napisał ją PigOut? Meh, kolejna książka blogera #młodzież #internet #bzdury #bezsensu.

Serio, chociaż felieton nie jest moim ulubionym gatunkiem literackim, to uważam, że autor reprezentuje naprawdę wysoki poziom, który zapewne nie trafi do szerokiego grona odbiorców, bo jest to książka napisana przez blogera. Mam nadzieję, że w tym wypadku się mylę, ale jako, że nie mylę się nigdy (no, chyba, że w sprawach naprawdę ważnych, bo wtedy to mylę się cały czas) to obawiam się, że tak właśnie może być.

Książka dostaje ode mnie mocne

7 na 10 punktów w skali fajności

a biorąc pod uwagę, że ostatnio odświeżam sobie lektury z tak zwanej klasyki różnych gatunków i nabrałem smaku na dobre rzeczy to jest to bardzo mocna ocena.

Jeśli zapytacie, czy „Świnia ryje w sieci” jest bliżej papieru wartościowego, czy papieru do dupy – zdecydowanie położę ją koło tego pierwszego. Tyłek podetrzyjcie sobie poradnikami jak być perfekcyjną panią domu

Dlatego, jeśli macie na lekturę przy której można sporo się pośmiać, trochę podumać w stylu „hmm, ten typ ma rację” i trochę ponarzekać na innych ludzi w stylu – „jacy oni są głupi, oh wait, to chyba też było o mnie” to sprawcie sobie swój własny egzemplarz. Książkę można kupić sobie lub komuś w zdecydowanie lepszej cenie niż dzieła zebrane Małgorzaty Rozenek, złote myśli Zbigniewa Stonogi czy kolejny poradnik od Red Lipstick Monster (to taki kanał na youtube, jeśli jeszcze nie wiecie) a na pewno zdecydowanie bardziej warto. Może dzięki temu kolejne (dobre) książki od blogerów trafią w końcu zasłużenie do mainstreamu?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.