342. SPOTKANIE na śniadanie, czyli sposób na dobry poranek w samo południe [fajne miejsca na jestesmyfajni]

Ostatnio mamy w domu dużą przyjemność z celebracji śniadania. Wiadomo, w tygodniu nie ma na to czasu, ale za to w weekend jedziemy na całego. Zwykle cała ława zastawiona jest rożnymi składnikami i montujemy z tego kanapki, gofry, jakąś jajecznicę czy inne takie. Do tego jakiś serial i czas ucieka szybciej, niż pieniądze z polskiego budżetu. Wystarczy powiedzieć, że gdy w sobotę muszę zdążyć na 13:30 na zajęcia, to zwykle się spóźniam.

Poza tym, wiele lat spędzonych na oglądaniu amerykańskich seriali wzbudziło we mnie wielką ochotę, aby choć raz w życiu zjeść BRUNCH – (Breakfast + Lunch) czyli późne śniadanie połączone z lunchem (dla tych z Was, którzy przypadkiem nie pracują w żadnym korpo – lunch to taki wczesny obiad, tyle, że mniejszy i nie stoi nad tobą babcia pytając, czy chcesz dokładkę).

Amerykanie kochają brunch i nie widzę nic złego w przeniesieniu tej pięknej tradycji na polską ziemię

vAż tu nagle, pewnego pięknego dnia okazało się, że jest w Szczecinie miejsce, w którym mogę połączyć te dwie rzeczy. Swoją drogą ciekawe, że aby się o nim dowiedzieć, musiałem poczekać, aż Mapy Google podpowiedzą mi, że coś takiego w ogóle istnieje (dzięki Google!).

Spotkanie – na śniadanie, lunch, deser i na.. kaca

Pojawiając się w jakimś nowym miejscu, zawsze mam z tyłu głowy pytanie – ciekawe, czy jest hipsterskie. W przypadku Spotkania – hmm, trochę jest. Ale to chyba dlatego, że forma lokalu jest dość świeża i dlatego przyciąga oryginalną klientelę. Już sam fakt, że lokal otwarty w Szczecinie nie serwuje kebaba jest nieco alternatywny (SZOOK). Właściciele Spotkania postawili na menu śniadaniowe i lunchowe – nie da się tam zjeść ani obiadu (schabowego w karcie brak) ani nie wypijecie tam wieczornego drinka – lokal zamyka się bowiem codziennie o godzinie 16.

Adres, na Jana Pawła II 45 nie jest wcale tak łatwy do znalezienia – szukajcie schodków w dół, mniej więcej w połowie Alei fontann.

Trzeba zejść w dół, po tych niepozornych schodkach i gotowe

Lokal w środku jest trochę staromodny, ale ma swój urok. Kiedyś powiedział bym pewnie, że lokal w piwnicy, ściany malowane w zieloną lamperię, draceny na oknie i słabe oświetlenie to klimat post-PRLowski, teraz na szczęście już wiem, że to hipsterka ;)

dobry, dobry!
wybaczcie te zdjęcia w pionie, P. jeszcze się nie nauczyła, że na jestesmyfajni tylko poziome fotki ;)

Do tego drewniane stoły, półka z książkami (ponoć można tam znaleźć kilka perełek do poczytania w czasie oczekiwania na zamówienie) i jeszcze kilka małych, sympatycznych smaczków. Jedyne, co mi nie odpowiadało, to lekki mrok panujący w środku – lubię jak jest jasno – ale logika karze wierzyć, że w miejscu, gdzie je się późne śniadanie (czytaj – przychodzisz na kacorze, albo chwilę przed tym, gdy kac uderzy po wyjściu z imprezy) jaskrawe światło nie jest wskazane.

Wnętrze jest małe i mieści się tam dosłownie kilka stolików – co daje kameralny klimat, ale też sprawia, że przy większej ilości osób jest dość głośno. AKTUALIZACJA : po przejrzeniu facebooka okazało się, że w środku organizowane są czasem nawet większe imprezy, szacunek! Bar (z kasą) oraz wejście do kuchni znajdują się w osobnym pomieszczeniu, nie przeszkadza to niestety zapachom gotowania przedostawać się na salę – ze Spotkania wychodzi się niestety z ubraniami przesiąkniętymi zapachem jedzenia.

Ale dosyć już o wystroju, czas na to, co tygrysy lubią najbardziej, czyli jedzenie. Do wyboru jest menu śniadaniowe (od 9 do 16), lunchowe (od 13 do 16), coś na słodko oraz napoje. W każdej sekcji jest do wyboru około 10 dań. My skupiliśmy się naturalnie na śniadaniach (12:30 to dobra pora, aby zjeść pierwszy posiłek dnia, prawda?).

Do wyboru są tosty, wafle (wykwintne, nie na słodko), omlet, jajecznica oraz shakschuka (o tym co to – za chwilę). Zdecydowaliśmy się na tosty z bekonem i szpinakiem..

na pierwszym planie shekshuka, na drugim tost, na trzecim ja

oraz shakshukę, czyli danie, które kiedyś było by pewnie uznane za przysmak, który prowadzi wprost do zawału, a teraz, gdy świadomość, że tłuszcz nie jest głównym winowajcą chorób układu krążenia jest większa – to po prostu czymś mega dobrym, z dużą ilością, sera, jajek, czerwonych warzyw (i zwykle z mięsem, choć w Spotkaniu podawana jest wersja wegetariańska). Oba dania okazały się być dobrym wyborem – były ciepłe, smaczne, odpowiednio przyprawione, dość tłuste (mniam) i sycące.

Tost, którego jadłem jest z zasady daniem, które ciężko zepsuć (tost, jajko, bekon, czego chcieć więcej) więc nic dziwnego, że bardzo mi smakował. Dodatek szpinaku sprawia, że człowiek od razu wie, że odżywia się zdrowo ;) sałata, która zdobiła talerz obok tosta wbrew pozorom nie znalazła się tam tylko jako wypełniacz, ale dzięki plastrom białej rzodkwi (chyba?) lekko musztardowemu (chyba? – wychodzi, że nie znam się na sałatach) sosowi stanowiła miłą odskocznię od przyjemnego tłustego smaku tosta.

pomimo tego, że narzuciłem szybkie tempo konsumpcji na szczęście przypomniałem sobie, aby zapytać P. czy chce spróbować ;) też jej smakowało.

Wielką zaletą wszystkich dań, której może nie docenią Wasze brzuchy, ale na pewno polubią oczy jest sposób podania – wszystko wygląda niesamowicie apetycznie, tak, jakby przed chwilą zjechało z jakiegoś Instagramowego profilu o hipsterskiej kuchni #foodporn #picoftheday #polishgirl #omnomnomnom #L4L

na przykład herbata wygląda tak

Kiedy byliśmy w Spotkaniu był tam wprawdzie jeden człowiek, który rozpoczął konsumpcję bez wcześniejszego sfotografowania posiłku, ale jak to mówią – wyjątek potwierdza regułę.

Niestety nie skupiłem się na daniach lunchowych – będziecie musieli ocenić je sami. Pamiętam jednak, że były oryginalne, tak jak pisałem wcześniej – nie uświadczycie tam ani pierogów ruskich ani schabowego.

Skupiliśmy się natomiast na deserach, jak zły wjechał na stół robiony na miejscu gofr z bitą śmietaną, bananem i nutellą. Sam nie wierzę, że to piszę, ale dobrze, że wzięliśmy jednego, bo gdyby i P. i ja mielibyśmy zjeść po jednym, mogło by być ciężko. W deserowym menu znajdziecie wspomniane przed chwilą gofry z różnymi dodatkami (te, które kupuje się nad morzem nie mają startu) oraz szarlotkę.

Myślę, że jeśli doczytaliście do tej pory, to zapewne już sami domyśliliście się, że po dzisiejszej wizycie polecam Wam Spotkanie. Po krótkim zastanowieniu przyznaję…

8,5 / 10 w skali fajności

Jeszcze rok temu dałbym 9 punktów (albo 9,5), ale w tym roku postanowiłem się bardziej czepiać – Spotkaniu zarzucam dość tłoczne wnętrze (co dla niektórych może być zaletą, dla introwertyka takiego jak ja jest wadą) oraz zapachy z kuchni, które ciągną się za mną aż do teraz. Istotną kwestią jest też poziom cen – śniadanie dla jednej osoby to koszt 20 – 25 złotych, podobnie deser. Nie jest to mało, szczególnie, że mówimy o dość prostych daniach. Podanych wprawdzie tak, jakbyśmy byli w Masterchefie (a nawet lepiej, bo bez irytującej Magdy Gessler i kolesia, który jakoś tam duka po polsku a w wolnym czasie szuka śledzi w reklamach) ale mimo to prostych. Jednak po chwili dochodzi do mnie, 20 złotych trzeba też wydać na zestaw w MacDonaldzie i od razu mam lepszy humor. Poza tym – w spotkaniu do śniadania w cenie jest już kawa lub herbata, oraz co właściwie niespotykane gdziekolwiek indziej – nieograniczona dolewka wody z cytryną (dzbanki stoją w specjalnym okienku, przy przejściu do kasy).

Spotkanie to świetna śniadaniowa opcja – nie na co dzień, ale raz na jakiś czas, a już na pewno na kacu. Po gościnie w tym miejscu na pewno wyjdziecie w lepszym stanie i nastroju, kac zelżeje i już nawet to głośne tupanie kota oraz ogłuszający szelest liści nie będą Wam aż tak przeszkadzać. Jeśli chcecie uniknąć najgorszego tłoku – przyjdźcie przed 11 rano albo po 13 (kto zabroni zjeść śniadanie o 15?). Tylko kto w weekendy jest gotowy do wyjścia z domu przed 11?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.