120. Moja pierwsza kontuzja (śpiesz się powoli).

kontuzja
kontuzja

Dziś muszę się z wami podzielić smutną wiadomością.

Albo mi się wydaje, albo w skutek biegania doznałem mojej pierwszej w życiu kontuzji.

Ale od początku.

Jak (niektórzy) pewnie wiecie, mam swój styl biegania. Najczęściej nazywam go „przyczajonym żółwiem, ukrytym ślimakiem” –  generalnie chodzi o to, że po prostu biegam tragicznie wolno. No, może nie wyprzedzają mnie osoby śmigające z kijkami do Nordic Walking, ale śmiało można powiedzieć, że na dowolnym dystansie mój czas będzie plasował się w okolicach końca stawki (w najlepszym przypadku w 3/4).

I było mi z tym dobrze! Az do historycznego 3 maja 2014 kiedy to pobiegłem w 39 Transgranicznym Biegu Gartz – Gryfino. 12 kilometrów, ładna pogoda i piękne okoliczności przyrody, czego chcieć więcej.  Biegnąc swoim tempem powinienem ukończyć bieg w godzinę i dwadzieścia – godzinę trzydzieści minut. Los jednak sprawił, że za sprawą jednego z współbiegaczy (dzięki Radek!), który niesamowicie mnie zmotywował i pociągnął za sobą swoim tempem przez ponad połowę trasy (a potem głupio już było zwolnić) dotarłem na metę już po 66 minutach. Rekord świata Jacka!

Gdzie tu sens, gdzie tu logika? Dlaczego ten wyjątkowo dobry czas miałby doprowadzić mnie do kontuzji? A logika w tym taka, że po tym biegowym osiągnięciu ubzdurałem sobie, że jestem w stanie biegać szybko. Nagle, ot tak, postanowiłem z człowieka, który 5 kilometrów łamie w 26 minut stać się Usainem Boltem, który pokona wszystkie swoje dotychczasowe czasy. A że nie jestem aż tak naiwny i wiem, że wyniki same się nie zrobią – zacząłem trenować.

Za ostro trenować. Zdążyłem zrobić jeden trening i i zaliczyć jedno Wieczorne Bieganie w Szecinie gdy pojawił się ból w prawej nodze. Dwa kolejne treningi później okazało się, że ból zagnieździł się w mojej kończynie już na dobre i powraca przy każdym przyspieszeniu.

Po kilku dniach odpoczynku noga nadal boli.

to chyba kontuzja biegania

to chyba prawdziwa kontuzja

Śpiesz się.. powoli.

Nie wierzę jakobym był skazany na utrzymywanie tego samego tempa przez resztę swojego biegowego życia. Co to to nie, w końcu wszyscy chcemy mieć progres, widzieć sukcesy swoich treningów i starań. Wygląda jednak na to, że nie ma co zachłystywać się jednorazową zwyżką formy i wmawiać sobie, że z niedzielnego biegacza mogę stać się osobą która już za tydzień stanie na najwyższym stopniu podium w kolejnych zawodach biegowych.

Najpierw chyba trzeba poświęcić nieco więcej czasu na trening.

Morał na dziś będzie więc taki – śpieszmy się biegać szybko. Ale róbmy to powoli:)

Może Ci się również spodoba

4 komentarze

  1. lilalo1981 pisze:

    ahh poniedzialek dzis, nieznosze poniedzialkow, post napisany i znika mi na zlosc :/ w zasadzie to czemu masz miec lepiej niz ja ? :P U mnie tez kontuzja, kolano wysiadlo a termin do chirurga dopiero za miesiac :( wiec poki co wsciekam sie, marudze, narzekam, wyzywam i kombinuje jak tu trenowac i co, zeby kolanu dac odpoczac :/ Jacekes co jakis czas musi sie cos spieprzy.. inaczej bylo by nudno :p Zdrowka Zycze!!! :)

    • jacekes pisze:

      Na szczęście moja kontuzja nie była tak poważna – żaden chirurg nie musi mnie oglądać a ja mogę już na nowo brykać po biegowych ścieżkach. Cóż, zawsze coś MOŻE się zepsuć, ale ja wolałbym aby się wcale nie psuło:)

  2. jacekes pisze:

    ale zanim się przydarzy to człowiekowi wydaje się, że akurat jego to nie dotyczy..

  3. jak trenować pisze:

    No, kontuzja to rzecz normalna w sporcie i czasem trzeba po prostu ją przeczekać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: