170. Drang nach Westen czyli 40 Bieg Transgraniczny Gryfino – Gartz.

bieg gryfino gartz

W zamierzchłych czasach, które na szczęście są już za nami wszystko było inaczej.

Pokonując granicę polsko – niemiecką trzeba było okazać paszport (a niełatwo było w ogóle mieć ten dokument) a jeśli ktoś chciał pokonać granicę bez niego, trzeba było liczyć się z niejakimi trudnościami, jak na przykład strzały ostrzegawcze w powietrze, owczarki (naturalnie niemieckie) i patrole w helikopterach.

Ale dość już tej lekcji historii. To co było to było i nie wróci więcej – jak śpiewa kobieta, która kiedyś była Marylą Rodowicz (a dziś, razem z Krzysztofem Ibiszem jest przedstawicielem nowej rasy niestarzejących się istot, która została przysłana na Ziemię przez kosmitów) czasy się zmieniły, teraz na granicy stoi już tylko pusta budka w której nie można nawet kupić żelków Haribo. I właśnie dzięki temu, 3 października ja i około 400 innych osób mogliśmy wziąć udział w imprezie, jaką był…

40 Bieg Transgraniczny Gryfino – Gartz

Poprzedni bieg transgraniczny, w którym brałem udział odbył się 3 maja, w rocznicę podpisania w Polsce dokumentu Konstytucji. Teraz okazja była równie wzniosła, ponieważ trzeciego października nasi zachodni sąsiedzi świętują dzień zjednoczenia Niemiec. Dla mnie jednak święto było podwójne, ponieważ okazja była równie znacząca – pierwszy raz od niepamiętnych czasów dostałem w pracy dzień urlopu! I to jest dopiero powód do świętowania!

bieg transgraniczny gryfino gartz przed startem

Tak właśnie wygląda świat w dzień mojego urlopu – czy to nie piękne?

Do startu… Gotowi…

Nawet pogoda była tego dnia łaskawa – zamiast serwować swój popisowy ostatnimi czasy numer i oblewać wszystkich ulewnym deszczem – słońce wyszło zza chmur, wiał delikatny wiaterek – jednym słowem idealna pogoda jak na miesiąc, który nie bez kozery nosi nazwę piździernik.

Dzięki temu, ludzie gromadzący się na gryfińskim nabrzeżu mogli spokojnie oddać się rozgrzewce (ponoć są tacy, którzy się rozgrzewają), podziwianiu pięknych okoliczności przyrody oraz tym co tygrysy lubią najbardziej – rozmowom ze znajomymi. Bo powiedźcie mi, gdzie indziej na świecie jak nie na biegowych spotkaniach można usłyszeć takie teksty wypowiadane przez mężczyzn w okolicach sześćdziesiątki

Słuchaj, nam do szczęścia potrzeba tylko dwóch rzeczy: biegania i seksu. 

A dzięki temu pierwszemu tego drugiego mamy pod dostatkiem.

No proszę ja Was, gdzie? Tylko na biegowych zawodach.

Ja, jako osobnik znacznie spokojniejszy niż opisywani wyżej panowie tylko spokojnie się rozgrzewałem. Dobra, żartuję, tak naprawdę to podziwiałem Odrę.

bieg transgraniczny nabrzeże gryfino

super jest to nabrzeże w Gryfinie, serio!

Przy okazji, trzeba przyznać, że organizatorzy świetnie wszystko przygotowali. Wydawanie numerów startowych działało już dzień wcześniej, a w dniu zawodów szło szybko i sprawnie. Jak zawsze dobrym pomysłem było podzielenie zawodników nie wg. numerów startowych (których przynajmniej połowa zawodników nie zna i trzeba tłoczyć się w kolejce do listy) a największym zaskoczeniem był wydawany pakiet – oprócz numeru, chipa i koszulki (naturalnie technicznej) w torbie, którą mi wręczono był również bardzo fajny plecak do biegania. Jak na gadżet, który był w pakiecie nie można mu nic zarzucić – wprawdzie po założeniu go na plecy wygląda na tak mały, że można do niego zmieścić coś do picia i dowód osobisty (prawo jazdy już nie wejdzie – ale po co biegaczowi prawo jazdy w plecaku?) ale takie właśnie są plecaki dla biegaczy a poza tym darowanemu koniowi nie zagląda się w plecak, albo jakoś tak.

Bym zapomniał. Wszystkim przez cały czas przygrywały piękne dźwięki harmonii. A że przy harmonii czas szybko płynie (no chyba, że ktoś chce uprzyjemnić ci nią podróż w autobusie) to kilka chwil później wszyscy stali już na starcie.

gotowi do startu biegu transgranicznego

zwróćcie uwagę przede wszystkim na profesjonalną linię startu wyrysowaną kredą :)

Akurat ten etap można było nieco bardziej doszlifować – start był po prostu narysowaną na ziemi kreską a gdy już padł strzał startera wszyscy przez chwilę patrzyli po sobie, pytając się ze zdziwieniem – to już? Bez odliczania, bez niczego?

Na szczęście szybko otrząsnąwszy się z szoku wystartowaliśmy i tak rozpoczął się 40 bieg transgraniczny.

Start!

bieg transgraniczny 40 start

na miejscu gościa z wózkiem nieźle bym się zestresował – wszyscy go gonią

Początki bywają trudne i taki właśnie był dla mnie start tego biegu. Zanim trasa doprowadziła biegaczy do mostu biegnącego w stroną granicy polsko – niemieckiej trzeba było zrobić jeszcze małą pętelkę po nabrzeżu. I właśnie wtedy czułem się, jakbym właśnie zaczynał przygodę z bieganiem a nie jak biegacz z około 3 letnim stażem. Gdy rozejrzałem się dookoła, okazało się, że zrównałem się z praktycznie ostatnimi osobami w peletonie.

Na szczęście zaraz po przebiegnięciu mostu siły powoli zaczęły mnie doganiać (wcześniej najwyraźniej zostały w Gryfinie, w kolejce do toalety albo zasłuchały się w dźwiękach harmonii) i mogłem nieco przyspieszyć.

bieg transgraniczny most

nie widzicie mnie na zdjęciu? To dlatego, że forma wróciła i wyrwałem do przodu.Pozostały tylko ślady na asfalcie.

Granicę minąłem już z prędkością, która w 89 roku pozwoliła by mi dotrzeć ściganym przez służby graniczne NRD co najmniej do Schwedt (tylko po co, nie było tam wtedy jeszcze Oder Center).

Tymczasem, zaraz za linią dzielącą Polskę i Niemcy czekała na nas … policja.

Na szczęście nie była to Passporten Kontrolle (nie zabrałem!! i co teraz?!) – panowie policjanci po prostu skierowali biegaczy na właściwą trasę, prowadzącą przez niemiecką wioseczkę Mescherin.

Tu muszę napisać kilka słów o różnicy pomiędzy polskimi a niemieckimi wioskami. Polskie jakie są – każdy widzi. A niemieckie.. Ja wiem, u nas komuna, u nich miliony dolarów z planów pomocowych itd itp. Jednak sposób, w jaki Niemcy dbają nie tylko o swoje podwórko, ale i o to co mają za płotem zawsze budzi mój podziw i szacunek. Tam nawet zrujnowana stodoła wygląda porządnie.

przed punktem z wodą

przed punktem z wodą

Idealnym przykładem stosowania ideii „Ordnung muss sein” był punkt z wodą – na pierwszym metrze były wydawane kubeczki z wodą a 5 metrów dalej stał już człowiek z workiem na śmieci – byle przypadkiem nie rzucić plastikowego kubka na ziemię. Jednakże, gdybym wypił tą całą wodę na raz, kolka dopadła by mnie zapewne z miejsca – dlatego też zachowałem się jak typowy Auslander i swój kubeczek wyrzuciłem kawałek dalej, na zieloną trawkę. Mam nadzieję, że Niemcy nie będą mieli mi tego za złe, bo znając ich zdolności do chowania urazy, to gdyby historia zatoczyła kiedyś koło mógłbym słabo skończyć.

Kolka złapała mnie kilometr dalej, no i czy to nie jest złośliwość? Ale wytrwałem!

Za Mescherin trasa biegu opuszczała tereny zurbanizowane, wżynając się w las. Nie było jednak miejsca na żadne przełajowe harce – cały czas biegliśmy elegancką ścieżką rowerową.

Zieleń, przyroda i Niemcy na rowerach – tak można by określić tą część trasy. Biegło się bardzo przyjemnie – czasem w słońcu, czasem w przyjemnie chłodzącym cieniu. Kilka razy przemknęli nawet tubylcy na rowerach – jedni na luzie, inni pędząc jak wariaci (spokojnie, to że w około jest tyle Polaków nie świadczy o tym, że ktoś czai się na wasze Fahrrady). Generalnie  biegowy raj na ziemi.

Około 10 kilometra ścieżka wynurzała się z lasu i wbiegliśmy do Gartz (meta już blisko!). Miasto powitało biegaczy niezbyt przyjemnym widokiem – jeden z uczestników biegu niestety zasłabł, na szczęście były już przy nim służby ratownicze i wszystko było pod kontrolą.

niemiecka karetka gryfino gartz

Das ist eine Rettungswagen czy jakoś tak

 

Dzięki temu mogłem biec dalej i podziwiać obrzeża miasta.

niemieckie konie

niemiecki koń czyli po ichniemu Pferd. W Niemczech nawet konie stoją grzecznie w kolejce

Kawałek dalej trasa skręcała pod górę gdzie stała już meta z ogromnym napisem Gryfino (Nasi tu byli!). Jeszcze chwila, jeszcze sprint na ostatnich metrach… DOBIEGLIŚMY!!

Meta

Tu na szczęśliwców którzy dotarli do końca trasy czekały już medale, posiłek regeneracyjny (bardzo smaczna sałatka) ale przede wszystkim FESTYN w totalnie niemieckim stylu.

sałatka na mecie biegu gryfino gartz

sałatka na mecie – na innych biegach powinni to podchwycić

Gdy tylko ochłonąłem i zjadłem sałatkę (serio, o wiele lepszy pomysł niż makaron) uderzyliśmy z P. na małe zwiedzanie (czas potrzebny na obejście całego festynu wyniósł jakieś 45 sekund). Impreza była… byla po prostu Dojczowska – piwo, BratWurst i muzyka na żywo. Obok straganów z jedzeniem i piwem znalazły się również te z rękodziełem oraz… kamieniami? Nie wiem co na niemieckim festynie robią próbki różnego rodzaju skał ale cóż – wszyscy mają swój sposób na zabawę.

Przy rozstawionych stołach zasiadało sporo tubylców (w większości w dość słusznym już wieku), którzy z zainteresowaniem przyglądali się całej biegowej ferajnie.

tańcząca kowbojka bieg transgraniczny

a dla wszystkich śpiewała ta oto urocza emerytowana kowbojka. Wszak nie od dziś wiadomo, że najlepszy western to ten z niemieckim dubbingiem.

Wracających z powrotem do Polski (tak, teraz nie biegnie się już do Niemiec prosić o azyl – teraz wystarczy zjeść BratWursta i można wracać do domu) czekały autokary, wprawdzie dość trudne do zlokalizowania (kilka osób chodziło dookoła szukając tego transportu) ale za to było ich sporo i nie trzeba było długo czekać aż ruszyły.

Jak było? Było fajnie!

40 Transgraniczny bieg Gryfino – Gartz można jak najbardziej zaliczyć do udanych. Sprawna organizacja, bardzo fajne miejsce startu i mety a do tego piękne widoki po drodze – czego chcieć więcej?

Nieco kulała moja prywatna forma – szczególnie na początku, w samym Gryfinie – ale i tak wyrobiłem się z trasą w mniej niż godzinę.

A jeśli dodać do tego wspaniałych ludzi, mnóstwo znajomych twarzy i zmieszać to z doskonałą do biegania pogodą – wychodzi przepis na idealny bieg weekendowy.

Bo takie właśnie są wg. mnie biegi transgraniczne na trasie pomiędzy Gryfinem a Gartz – idealne do relaksacyjnego, spokojnego przebiegnięcia. Nie ma tu może wielkich nagród ani zawodników z polskiej (ani Niemieckiej) czołówki – jest za to mnóstwo uśmiechu, znajomych i pozytywnej energii. 

I to pewnie dlatego miejsca na tą imprezę są wyprzedane już miesiąc przed startem.

Tak trzymać! 

 

A po więcej zdjęć zapraszam Was TUTAJ (galeria na jestesmyfajni) i do galerii na profilu OrganizatoraEnjoy!

Może Ci się również spodoba

7 komentarzy

  1. Heniek z Maarianowa pisze:

    Biegam od lat relaksowo i w roku 2015 zastartuję w I Półmaratonie Transgranicznym.To co opisałeś wszystko prawda i oddaje nastrój w w tym Gryfińskim zakątku przyrodniczym, bardzo dobrą organizację i sympatycznych organizatorów. Tak trzymać ! Do zobaczenia ! Do zobaczenia 3 maja br.

  2. Darek pisze:

    Jacku wszystko fajnie ale coś mi się wydaje, że w październiku też czekasz na telefon od Obamy:)

  3. Iwona pisze:

    Bardzo fajny bieg, polsko-niemiecka precyzja, świetna atmosfera, piękna pogoda, przyjemna trasa :) Na pewno przyjadę tam w maju na kolejny bieg :)

    p.s. O, nawet załapaliśmy się ze znajomymi do fotorelacji :P Dzięki! :)

  1. 7 października, 2014

    […] pełną relację ZAJRZYJCIE TUTAJ, co ja się będę drugi raz […]

  2. 1 maja, 2015

    […] moi drodzy – Gryfiński Bieg Transgraniczny w którym miałem już kilka razy okazję uczestniczyć wyewoluował i z imprezy, podczas której można było pobiec 11 kilometrów wykluł się […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: