233. Niepolski Polski [na szybko – ale tak długie, że nawet sobie nie wyobrażacie]

syrenka no siema

Tak strasznie dawno nie było na blogu [na szybko], że chyba już wszyscy zapomnieli, że ten cykl w ogóle istnieje. A TU NIESPODZIANKA! Na szybko istnieje i ma się dobrze. A ten długi czas oczekiwania wynagrodzę Wam tym, że dzisiejsze [na szybko] będzie prze-arcy-zajebiście-długie. Tak więc smartfony/tablety/laptopy/monitory od komputera stacjonarnego w dłoń, siadajcie wygodnie w fotelu/na kiblu i do działa, bo oto …

Niepolski Polski czyli what da fuck Polish?

Mam jeden wstydliwy sekret. A raczej miałem, bo od pewnego czasu wreszcie mogę wyjść z ukrycia i opowiedzieć światu o tej strasznej rzeczy, którą jeszcze niedawno musiałem trzymać w tajemnicy przed znajomymi, współpracownikami a nawet rodziną.

Mianowicie – do niedawna ani razu nie byłem w Warszawie

Koleje losu jakoś tak się dla mnie toczyły, że wizyta w stolicy naszego kraju nie była mi w ogóle do szczęścia potrzebna. Jakiś czas temu, zmuszony przez okoliczności miałem okazję odwiedzić miasto stołeczne – tak więc wygląda na to, że mogę już się uważać za osobę całkowicie spełnioną. Wróciłem akurat z wakacji. Tydzień spędzony poza granicami Polski był, jak to zwykle urlop – wyjątkowo wyczerpujący, całe szczęście, że to już powoli koniec. Na deser zostawiłem sobie jednak wisienkę na torcie – zwiedzanie stolicy.

I właśnie podczas tych kilku dni w Warszawie odkryłem coś bardzo, bardzo dziwnego.

Wszystko zaczęło się, gdy zmęczony zwiedzaniem usiadłem na chwilę w kawiarni przy Placu Zbawiciela. Dla tych, którzy w stolicy nigdy nie byli wspomnę tylko, że plac Zbawiciela w Warszawie to miejsce trochę jak plac Grunwaldzki w Szczecinie – z tą różnicą, że w Warszawie przesiadują na nim hipsterzy a w Szczecinie pijacy. Jednak i jedni i drudzy lubują się w oryginalnych stylizacjach, grze w szachy oraz długich dyskusjach, które osobie postronnej wydają się całkowicie bez sensu.

żul czy hipster menel

dwie godziny patrzyłem i nadal nie wiem…

Zauroczony miastem przyjąłem menu, które przyniosła mi kelnerka ale zamiast pogrążyć się w lekturze skupiłem się na obserwacji przechodzących ludzi. Każdy gdzieś pędził, gdzieś się spieszył. Nagle, do kawiarni wszedł starszy pan. Elegancko ubrany zwracał na siebie uwagę nie tylko wiekiem ale i dystyngowanymi manierami. Mile przywitany przez obsługę (znacząco zawyżał średnią wieku w lokalu) usiadł przy stoliku i również zagłębił się w lekturze. Po pewnym czasie przywołał kelnerkę, a ja, ciekawy, co tez takiego zamówi zacny senior nadstawiłem ucha. Przecież należy brać przykład ze starszych.

-Przepraszam Panią, czy mógłbym prosić o menu po polsku? – zagaił. Dziewczyna robi wielkie oczy. A do mnie dociera coś, co męczyło mnie od momentu, w którym przyjechałem do stolicy.

Tutaj już nikt nie mówi po polsku!

Język, w którym tworzył Kochanowski, Sienkiewicz czy Wisława Szymborska został w stolicy Polski wyparty przez dziwaczną mieszaninę angielsko-polskiego. Nie ma już bursztynowego świeżopu, nikt nie nawołuje aby chwytać dzień albo śpieszyć się kochać ludzi (bo tak szybko odchodzą). Jest za to Amber Gold, ASAP i YOLO.

Że niby nieprawda, że przesadzam? Wytłumaczę się przy kawie, czas więc zajrzeć do menu. A tam: White Chocolate Covered Raspberry Frapuccino, Sticky Cofee Frostito, Short Black Coffe . Od tego wszystkiego trochę zakręciło mi się w głowie, więc stwierdziłem, że zanim zdecyduje się na kawę, zamówię lepiej coś do jedzenia. Tu jednak zaskoczyło mnie Grilled Panini z opcją gratisowego deseru w postaci Dark Chocolate Muffina. A na wypadek, gdybym pod wpływem stolicy zdecydował się zostać wegetarianinem zawsze mogę zdecydować się na Smoked Salomon Salad.

Uff, teraz rozumiem rozterki starszego Pana. Podnoszę wzrok, może spojrzy na mnie ze zrozumieniem? Za późno – już wyszedł. A ja zostałem z dylematem, czy zamawiając dużą mrożoną kawę z białą czekoladą powinienem poprosić kelnerkę o Venti White Chocolate Frappucinno? Jeśli powiem po prostu kawa a ona mnie nie zrozumie? Będę się potem musiał wstydzić – przyjechał taki do stolicy i nawet Frappucino nie potrafił zamówić. A może to ja niechcący wprawię kelnerkę w zakłopotanie – nie każdy musi się orientować, jak te wszystkie napoje nazywają się po polsku, a ja jestem tylko niepoprawnym optymistą sądząc, że ona to wie. Na szczęście, gdy już doszło co do czego to zamówienie poszło mi całkiem sprawnie, uniknąłem wpadki i w dodatku dostałem to co chciałem (a tak przy okazji – nie było tak dobre jak wyglądało, że będzie na obrazku).

Takich przykładów jest na ulicach stolicy mnóstwo. Spacerując po ulicach Warszawy nie mogłem się dogadać z Chopinem (ja mu ELO a on do mnie z francuska Hello), zagubiłem się pomiędzy licznymi Plazami, utonąłem w cieniu Towerów, Gate’ów i innych Buildingów. Zamiast sandwicha zamówiłem kanapkę (znowu wstyd na całą wieś, szczecińską wieś) a gdy w miejscu specjalizującym się silk smoothie zamówiłem koktajl to już w ogóle zapanowała totalna konsternacja. Gdzie ja, gdzie wielki świat.

Na szczęście napotkana po drodze dziewczyna gładko wytłumaczyła mi drogę do Łazienek Królewskich i właściwie nie musiałem nawet tłumaczyć, że chodzi o King’S Bathrooms. Dobrze, że chociaż taksówki nazywają się tutaj tak samo – dobre, polskie taxi zawsze dowiezie mnie do celu a resztę wydaje w złotówkach, euro, dolarach i funtach szerlingach. W końcu taksówkarz, jak sam zdążył mi wyznać wioząc mnie do miejsca docelowego drogą trzy razy dłuższą niż powinien, „siedział dwa lata w Anglii” (nie w więzieniu tylko na zmywaku) ale do Polski wrócił, bo miał już dosyć tej wszechobecnej angielszczyzny.

go fuck yourself

Do Szczecina wracałem pociągiem (wieziony przez nomen omen Intercity) z myślą, że oto jadę w kierunku normalności. Pan z Warsa zaproponował kawę i herbatę a przedsiębiorczy człowiek ze sportową torbą, który wpadł do przedziału na jednej ze stacji piwko jasne. Współtowarzysz podróży zamiast Forbsa czytał Grocholę, a ja już wiedziałem – minąłem Konin, znowu powróciłem na łono cywilizacji. I już witam się z Wałami Chrobrego a zamek Książąt Pomorskich wręcz krzyczy do mnie, że oto jestem z powrotem w domu.

Następnego dnia patrzę i oczom własnym nie wierzę. To, co tak kłuło mnie na ulicach Warszawy, czyli dziwaczny angielsko – polski potworek językowy zamieszkał również w Szczecinie. Nie od dziś zresztą, osiedlił się u nas bardzo dawno temu, ale do tej pory jakoś nie zwracałem na niego uwagi.

Nigdy wcześniej nie rzucał mi się w oczy biurowiec Oxygen czy powstająca zaraz obok Hansa Tower. Nie zwracałem uwagi na wszystkie SALE, ani outlety. Ba! Dopiero teraz poczułem się dziwnie odwiedzając Floating Arenę i w ogóle uświadamiając sobie, że szczecin nie jest już grodem Gryfa tylko Floating Garden.

Stojąc w korku zauważyłem, że nawet Polska Komunikacja Samochodowa, czyli po prostu Pekaes ma wymalowane na burcie hasło Move Together. Przepraszam bardzo, że co? Całe szczęście, że Kaskady nie przechrzciliśmy na Cascede Shopping Centre – to by było dopiero światowe.

Wiem, że narzekając na postępującą wielkimi krokami anglicyzację języka polskiego walczę z wiatrakami, zupełnie bez broni a w dodatku zabierając się za to jakieś dziesięć lat za późno. Zresztą – jako przedstawiciel tzw. młodego pokolenia (ta jasne, z trzema krzyżykami na karku?) i tak będę uważany za współwinnego tej sytuacji bo przecież to właśnie młodzi na siłę wprowadzają do języka różnorakie zapożyczenia i neologizmy.

Ale po prostu muszę napisać, że cała ta sytuacja po prostu mnie śmieszy. Bo czy nie po to męczymy się w szkołach czytając Pana Tadeusza, Ferdydurke i Plastusiowy Pamiętnik by potem wykorzystywać tę wiedzę w praktyce? Przecież Polski język jest taki piękny i pełen możliwości.

kochanowski say what

znany wieszcz, John Love-owski

Floating Gardens mogły by zastąpić Pływające Ogrody, zamiast Floating Areny moglibyśmy mieć w Szczecinie na przykład najBasen. Nasz Pekaes, zamiast miałkiego i niewiele mówiącego Move Together mógłby się przecież pochwalić hasłem: Wozimy Was Ludzie na Odludzie. I proste i prawdziwe. A ta potęga przekazu! Tymczasem doprowadziliśmy do sytuacji, w której nadanie polsko brzmiącej nazwy wydaje się wtórne, nieoryginalne i takie w ogóle be. Język polski, o który kiedyś walczono dziś staje się nieatrakcyjny, zupełnie nie sexy. Śmieszne? Smutne? A może trochę straszne?

Nie mam nic przeciwko angielskim nazwom w języku technicznym, w Internecie ani przy okazji międzynarodowych spotkać. Nie ma co ukrywać, jest to język światowy, którego używają wszyscy. Polski, jak bardzo byśmy tego nie chcieli nigdy takim językiem nie będzie (i dobrze, bo próbować zrozumieć obcokrajowca, który mówi po polsku to katorga) co nie oznacza, że z tego powodu powinniśmy go zupełnie zapominać.

Drodzy Szczecinianie, jeszcze kilkadziesiąt lat temu w naszym mieście do sąsiada mówiło się Guten Morgen. Warto zadbać o to, aby za kolejne kilkadziesiąt ktoś jeszcze odpowiedział na rzucone przy wchodzeniu do windy „dzień dobry”.

Bo jeśli wszystko będzie szło w tą stronę jak do tej pory to czuję, że może być z tym krucho.

Może Ci się również spodoba

11 komentarzy

  1. kawa zielona pisze:

    Zgadzam sie z SlimSizeMe !

  2. Raf pisze:

    1. Jak jest „menu” po polsku?
    2. Co to jest „sandwitch”? :-)

    • jacekes pisze:

      Raf, menu to po prostu karta dań, spis potraw, zbiór pyszności, ale nie ma się co czepiać słów, które są zakorzenione w języku jeszcze bardziej niż wideo czy auto.
      A sandwiTch to taka kanapka tylko z literówkowym „T” – poprawione, dzięki :)

      • Raf pisze:

        Strasznie mi się ta literówka podobała. :-) Oczywiście, że „menu” jest zakorzenione, to taki joke z mojej strony. Sorry, żart. :-)

    • jacekes pisze:

      a z literówkami tak to właśnie jest jak się chce napisać coś mądrego, wychodzi głupio a w dodatku wszyscy o tym wiedzą oprócz tego, kto napisał.. ach, historia mojego życia.

  3. bajka pisze:

    Po trzech latach od ostatniego pobytu w Polsce, ponownie ja odwiedzilam i przezylam szok widzac, to, co opisuje autor bloga. Odwiedzilam Warszawe, Lodz i Gdansk (w Gdansku w wielu miejscach dodatkowo jezyk niemiecki) i wszedzie to samo, Zalew angielszczyzny na kazdym kroku, juz nie ma normalnych sklepow, bo kazdy ma angielska nazwe, menu wszedzie anglojezyczne, czasem jeszcze niemieckie, tez bylam swiadkiem, gdy w restauracji jedni panstwo (65-70 l.) pytali kelnera, co znaczy jakies danie w jezyku polskim. My Polacy zawsze mielismy kompleksy i ten zalew angielszczyzny o tym swiadczy, wstydzimy sie wlasnego jezyka, bo inaczej nie da sie tego wytlumaczyc.

  4. Anniape pisze:

    Taka mieszanka nazywa się ponglish. Dobrze, że w tej Warszawce nie byłeś na brunchu, lunchu (chyba że byłeś?), nie trafiłeś na happy hours, nie jechałeś na dworzec subway’em. ;) Niestety, sama się łapię na używaniu angielskich słówek, ale staram się tego nie robić, gdy nie jest to konieczne. Bardzo fajny wpis, pozdrawiam!

  5. jacekes pisze:

    Sam się na tym łapię, że angielski brzmi fajnie, „cool” (wiem, słowa cool to używali nasi rodzice jeśli nie dziadkowie, ale niech będzie) a te same słowa w języku polskim jakoś tak prosto, przaśnie. Ale da się z tym, walczyć :D

  6. SlimSizeMe pisze:

    My w Polsce mamy jakieś dziwne ciśnienie na język angielski, każdy mówi. Nie wiem czy czujemy się lepsi, że zamiast mówić po polsku to mówimy ‚poliszinglisz’. Ostatnio byłam we Włoszech i wiem, że można inaczej! To turysta musi się dostosować.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: