321. Półmaraton Poznań – relacja spóźniona / mnóstwo zdjęć

Normalnie to trochę głupio by mi było wrzucać relację z biegu jakieś dwa tygodnie po fakcie, no ale proszę Was – po pierwsze nadal walczę z remontem, więc czasu na pisanie mam tyle co nic (nawet mniej!) a po drugie kolejne relacje ciągle pojawiają sie na innych blogach, więc co ja się będę przejmował, piszę i tyle.

Wiem, że to staje się już trochę nudne, ale po raz kolejny napiszę to, co powtarzam jak mantrę w prawie każdej relacji, jaka pojawia się ostatnio na blogu – 2017 nie jest dla mnie łaskawy jeśli chodzi o treningi. A to nie mam czasu na treningi, to walczę z kontuzją, to remont, albo (dla odmiany) nie mam czasu na treningi.. pisałem już to? Powiedzieć, że jestem ostatnimi czasy bez formy to tak jakby stwierdzić, że Legia Warszawa mogła by wygrać Ligę Mistrzów gdyby tylko chłopaki zebrali się trochę w sobie. Czyli DUŻE NIEDOPOWIEDZENIE. Bo ja ostatnio jestem całkiem do dupy.

Niby, zapisując się „na Poznań” miałem jeszcze mnóstwo czasu, ale sami wiecie – kontuzje, brak czasu, kontuzje, brak czasu no i eee, brak czasu spowodowały, że miesiąc przed półmaratonem postanowiłem przebiec kilka dłuższych zawodów (przebiegłem) i uznałem, że to wystarczy. Czy miałem rację? Czy Poznań dał radę? Czy podczas strzału startera można siedzieć na kiblu a i tak wystartować bez opóźnień? Na te i na wiele innych pytań odpowie Wam…

10 Półmaraton Poznań – Relacja (bardzo) spóźniona

Dzień przed dniem startu

Dzień przed biegiem, jak co roku, zamiast odpoczywać i zbierać siły katowaliśmy się eksplorując różnorakie atrakcje Poznania. Ale najpierw naturalnie szybka wizyta na biegowym expo i odbiór numerów startowych.

Człowiek, który wcisnął mi te ulotki do ręki powiedział – „JEST MEZO”

I faktycznie był. Na tym zdjęciu Mezo przeprasza za kiepski rap.

Samo expo wydało mi się jakieś mniejsze niż w poprzednich latach. Nie wiem czy to kwestia, że tym razem przeniesiono je do większej hali, czy może dlatego, że stoiska były jakieś bardziej rozstrzelone i aby dotrzeć po numer startowy nie trzeba było kluczyć w labiryncie zmuszającym do przejścia obok każdego stoiska (dzięki organizatorom za to, ostatnim razem nie dość, że się zgubiłem to jeszcze gonił mnie jakiś Minotaur). A może po prostu faktycznie było mniej atrakcji? Nie wiem.

Były za to martwe manekiny, oraz ludzie, którzy na siłę próbowali je ożywić. Ej facet, to nie Toy Story!

Odbieranie numerów, koszulek i PIWA szło jak co roku, czyli jak z płatka. Z płatka kartofla. A wiecie, jak się nazywa płatek kartofla? Chips! (nie wiem po co to napisałem).

Pakiet jak co roku – ligowy. Najbardziej jak zawsze doceniam worek. Ten zeszłoroczny służy mi do teraz, poza tym – fajnie widywać w Polsce ludzi, którzy mają go na plecach. Od razu czuję z nimi jakąś więź i nawet nie próbuję potrącić ich gry wbiegają mi na pasy.

Potem przyszedł czas na festiwal foodtrucków

Czyli godzina stania po burgera, którego pod hotelem zjadłbym 2 razy taniej i jakieś 10 razy szybciej by mi go przyrządzono

A żeby węglom stało się zadość – gofr. gdy pod koniec konsumpcji szedłem przez park, jedną rękę mając całą brązową od spływającej po niej czekolady w drugiej niosąc woreczek z kupą JJ-a musiałem stanowić dość ciekawy widok. Cóż, przynajmniej wszyscy widzieli, że sprzątam po psie z największym poświęceniem.

Potem tylko mała kawka i uderzamy w miasto. Wiecie, jak ciężko znaleźć w sobotni wieczór lokal, który nie dość, że ma wolne miejsca to jeszcze przyjmie pod swój dach dwa psy? Tym bardziej fajnie, że w końcu takowy się znalazł. Szkoda, że nie pamiętam jak się nazywał, ale była tam przednia pizza.

Najedzony, napity i zmęczony miałem ju tylko energię aby wrócić do hotelu i uwalić się spać. A jeszcze ktoś postanowił skraść mi godzinę snu… (tym kimś była zmiana czasu, więc nie liczcie na pikantne szczegóły).

Przed startem

Wczesna pobudka, ogarnianie, pożywne śniadanie

W hotelowej restauracji od razu widać kto dzisiaj biegnie. Nie trzeba patrze na ubrania – wystarczy spojrzeć na talerze.

Parówki zawsze na propsie! a ile węgli ;)

Potem jeszcze toaleta, biegowe ciuchy, toaleta, chwila czasu na uspokojenie myśli ( toalecie). Ej, chyba się stresuję.

A tym zdjęciu zmierzamy na start. JJ nie startuje, on tylko eskortuje.

Na starcie jest tylu ludzi, że przebija to chyba nawet Lidl-owe wyprzedaże. Zostawiam mój biegowy team i wyruszam na poszukiwanie strefy startowej.

A może wezmę jeden ze sobą?

Banan + woda = tak, zgadliście! Sraczka :)

Ok, to moja strefa startowa! a nie, czekaj… Halo, jest Mezo?

Ogólnie sytuacja wygląda tak, że od jakichś 10 minut idę w kierunku swojej trefy startowej (czyli czas od dwóch godzin do nieskończoności), jestem gdzieś w połowie drogi a tu w głośnikach słychać jak odliczają do rozpoczęcie przez czołówkę biegu. Spoko i tak jestem ogarnięty, niektórzy dopiero wychodzą z kibla. A jeszcze twardsi dopiero wchodzą – myślę, że podchodzę do sprawy super profesjonalnie.

Za kilkanaście lat ten gość opowie swoim dzieciom piękną historię. pamiętaj mały, nawet jeśli na półmaratonie stoisz w kolejce do kibla jakieś 10 minut po tym jak bieg wystartowal – NIGDY SIĘ NIE PODDAWAJ !

Oo, jest człowiek przebrany za pandę. Pełny szacunek dla tego gościa – przebiegł tak cały półmaraton a gdy czasami zdejmował ten pandzi łeb to lało się z niego tak, jak gdyby właśnie wrócił z trzeciej zmiany w hucie. A na początku miał nawet niezłe tempo, potem zresztą też – miał mnie w zasięgu wzroku praktycznie całe zawody.

Są też akcenty polityczne. Trochę śmiechłem. nie, żebym akurat wspierał czy krytykował tą opcję. Ja po prostu olewam i wyśmiewam całą polską politykę, bez wyjątku. A w pasiastych uniformach i za kratkami widziałbym 3/4 polskiego sejmu. Cóż, przynajmniej na biegu można pomarzyć

jeśli widzicie tego gościa, to znaczy, że to już ….

START.. biegniemy!

Szczęśliwie zaraz za linią startu trasa została tak wyprofilowana, że praktycznie nie tworzą się korki. Pewnie wpływa ma też na to moje taktyczne ustawienie (puściłem z dziesięć tysięcy osób przodem, niech mają) ale i tak jest nieźle.

Być może Poznań jest miejscem magicznym, a może na trasie nastąpi jeszcze porządna krekta, ale tutaj cały czas biegnie się po prostym albo delikatnie w dół. Jak tak dalej pójdzie to skończymy trasę w jakiejś kopalni. Dookoła sporo znajomych twarzy a raczej koszulek, najbardziej widoczne jest naturalnie szczecińskie Wieczorne Bieganie, co chwila mijam kogoś w tych barwach.

Biedne Patrycja i Agnieszka, nawet nie wiedzą, że je stalkuje

Co kilka kilometrów pojawiają się też punkty z dopingiem. Niektóre fajniejsze, niektóre mniej ale i tak pozytywne.

Poza tym, nie rozumiem jak ktoś mógł wymyślić tak dziwne pomysł. Po pierwsze – aura raczej nie sprzyjała polewaniu wodą. Po drugie – jaki mózg wpadł na pomysł, że ktoś chciałby aby padł na niego balon wypełniony wodą? Ok, wiem że balony spadały OBOK drogi ale wyglądało to dość strasznie. To tak jakby ktoś próbował mnie zabić ale tak na żarty a ja miałbym się na to cieszyć

Aż panda złapał(a) się za głowę. Dajcie Pandzie żyć!

A tak w ogóle, Poznań to miasto Żabek. Nie wiem dlaczego symbolem stolicy Wielkopolski są ziemniaki koziołki, powinny nim być Żabki. Podczas biegu, pomijając te momenty, kiedy mój mózg wyłączał się ze zmęczenia naliczyłem ich kilkanaście.

pomyślcie o tych, koło których nie przebiegłem, albo które przegapiłem!

Tradycyjnie do 5 kilometra nieco się wlokę, bo organizm jest jeszcze w trybie rozgrzewki. Potem będę się wlókł ze zmęczenia. Jak żyć? Zresztą, jak przeczytacie na końcu tego tekstu (spoiler alert!) pierwszy kilometr był moim najwolniejszym kilometrem biegu. Wow, to nieco niespotykane, zwykle jest najszybszym..

Organizatorzy co około 5 kilometrów rozstawili punkty z wodą, izotonikami oraz czymś na ząb. Jak zwykle zabrakło kebabów i kurczaków z rożna (alez bym teraz zjadł) ale banany i czekolada też dawały radę. Od pewnego czasu staram się na zawodach przestawić na napoje z punktów nawodnienia zamiast własnej butelki i na tym biegu prawie mi się tu udało. Wielka chwała za to, że punktu były bardzo długie i obfite w stoliki z napojami – dla nikogo nie zabrakło i nie trzeba było się tłoczyć przy jednym punkcie (nie żebym leciał na wynik ale takie powolnienie niepotrzebnie denerwuje).

Przepraszam, a na Szczecin to którędy? Acha, w prawo na węźle Jordanowo, to może kopnę się do domu podładować telefon

Gonią mnie wilki. Szczęśliwie mają gorszy czas na kilometr, wiec jestem uratowany. Ale co z Panem Pandą?

Kawałek za dziesiatym kilometrem wyjaśnia się zagadka – ciągłe opadanie terenu będzie za chwilę zniwelowane przez podbieg.

Na szczęście najpierw nawadnianie…

potem zrzucenie balastu…

I RURA DO GÓRY!!!! a nie, nogi coś nie niosą. To bez rury

Na podbiegu jakiś człowiek dopinguje – Biegnijcie biegnijcie, lepiej biec niż iść – NO DZIĘKI STARY, powinieneś założyć kącik porad w Bravo. A jak ja już nie mogę biec?

Kawałek za podbiegiem chyba wreszcie umieram

Ale na końcu tego tunelu widać światło. Wreszcie koniec tej marnej egzystencji. A nie, to jednak zwykły tunel. 

Jednak żyję i biegnę dalej, już za parę chwil 15 kilometr. Ale najpierw jakiś dziwny punkt dopingowy… Lech? Znam piwo, ale drużyna? POOOOOGOOOOŃ ;)

No właśnie, pogoń Jacek dalej, bo to już 15 kilometr i kolejny punkt nadwodnienia.

W tym momencie muszę przyznać, że pomiędzy 15 a 19 – 20 kilometrem dopadł mnie kryzys. Byłem zmęczony, wszystko miałem obtarte i już mi się totalnie nie chciało. Zdecydowanie moja półmaratońska (nie ma takiego słowa) kondycja (czyli jej brak) dała o sobie znać a organizm zaczął protestować. Czy to ta słynna ściana?

O cholera, faktycznie ściana

A teraz czas na kilka fajnych plakatów z dopingiem.

I tak się przez to zdopingowałem, że ani się spostrzegłem i już piłem wodę na 20 kilometrze.

Tutaj mała dygresja. Dzień wcześniej, mój biegowy znajomy Robert, wrzucił na facebooka zdjęcie, na którym napisał, że meta biegu na rynku prezentuje się doskonale. Tak sobie wkręciłem tą metę na poznańskim rynku, że nie dosć, że naopowiadałem wszystkim wokoło, że mają tam na mnie czekać, to jeszcze biegnąc jakiś niecały kilometr przed metą cały czas myślałem, jaki jeszcze przede mną kawał drogi. Serio, pokonując odcinek przed ostatnim zakrętem na teren targów ciągle się głowiłem, jak to możliwe, że niby minąłem już 20 kilometr a tyle jeszcze do zrobienia. DZIĘKI ROBERT!

Na ostatniej prostej postanowiłem jednak przyspieszyć (mimo, że do rynku taki kawał drogi, LOL) i dzięki temu wyprzedzam Gosie (serio, cały Szczeci tu jest). Wybacz Gosia, ale musiałem ;)

Niestety, przez ten nagły pęd w nogach chyba po raz drugi umarłem

Zrobiło się ciemno, wszędzie czerwone barwy i w tle leci Mezo. Ani chybi JESTEM W PIEKLE. A przecież nie jestem religijny!

a nie, to jednak meta półmaratonu, ze świetnym patentem biegu po czerwonym dywanie, światła, muzyka i te sprawy. Zabrakło chyba tylko Żabki, bo gdyby jakaś tam stała wcale bym się nie zdziwił. Cóż, Żabki nie ma, ale też jest zajebiście!

Gdy na mojej szyi zawisł medal wiedziałem, że to już po wszystkim – dobiegłem, pokonałem 10 Półmaraton Poznań z czasem netto 2 godziny i 18 minut.

Takie tam ze mną na 10 metrów przed metą

Jest to więc czas o 6 minut gorszy niż rok temu (2:12) i 10 minut gorszy niż w 2015. Jak tak dalej pójdzie to za kilka lat zaczną mnie wyganiać z trasy po 3 godzinach. Wstyd, rokrocznie się pogarszam – ale przynajmniej półmaraton stale się polepsza.

Serio, jakkolwiek starałbym się znaleźć jakieś ALE, to ta impreza rokrocznie podwyższa poziom. Organizacja, atrakcje, trasa, wolontariusze – wszystko jest na najwyższym, światowym poziomie. Nawet meta, którą rok temu ganiłem za przeniesienie na teren targów (ech, na zielonej Malcie to dopiero było pięknie) została uatrakcyjniona dzięki patentowi z czerwonym dywanem i końcem w hali.

Jeśli już mam się do czegoś przyczepić to do tłoku, że po raz kolejny na terenie targów panuje po biegu MEGA ścisk. Ciągle uważam, że meta w jakimś bardziej przestronnym miejscu (Malta, Malta!) była by lepszym pomysłem. Szczególnie stojąc w kolejce po piwo czułem ten ścisk (oraz pośladki, torsy i kolana ludzi wokół mnie) ale ten smak (to był pierwszy łyk czegoś mokrego po ukończeniu biegu) wynagrodził mi trudy piwnej kolejki.

I jeszcze jedno – meta umieszczona w hali sprawia, że będąc poza nią nie słyszy się już głosu konferansjera – tak więc do końca nie wiedziałem, czy powinienem jeszcze czekać, bo np. właśnie wygrałem samochód, czy może powinienem już sobie pójść bo to jednak nie samochód a featuring na owej płycie Mezo. Dlatego też zapobiegawczo wybrałem tą drugą opcję i po odnalezieniu mojego biegowego teamu (w liczbie trzech osób i dwóch psów, zaprawdę powiadam Wam, statystycznie mieliśmy mnóstwo nóg) oddaliłem się na z góry upatrzone pozycje w hotelu.

W związku z tymi wszystkimi pochwałami, 10 Półmaraton Poznań dostaje dziś ode mnie

9,8 na 10 punktów w skali fajności.

a, jeszcze małe podsumowanie

Czas 2 godziny i 18 minót na pół (pół maratonu)
Średnie tempo 6:30, już niedługo debiut w nordic walking, no chyba,że będę zbyt powolny
Najszybszy kilometr Ostatni (LOL)
Najwolniejszy kilometr Pierwszy (LOL do potęgi LOL)
Buty Nike Air Zoom Pegasus 33

Uważam, że wszystko doskonale zagrało i poza zatłoczoną metą i zapchanymi targami na prawdę niewiele zostało organizatorom do poprawienia. Może, jeśli za rok zapomnę w końcu o tej mecie na Malcie to wreszcie przyznam tej imprezie 10 na 10? Kto wie, to całkiem możliwe, ale ja nie nastawiał bym się na to na Waszym miejscu, bądź co bądź rzadko cokolwiek zapominam (no, chyba, że w pracy, tam dopada mnie częsta amnezja absolutna, zwłaszcza jeśli chodzi o ważne sprawy). Wiem jednak z całą pewnością, że pobiegnę tu za rok. Dzięki, Poznań!

 

9 komentarzy na temat “321. Półmaraton Poznań – relacja spóźniona / mnóstwo zdjęć

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.