329. Półmaraton Szczecin nr 38 – dlaczego organizatorzy powinni unikać reklamówek, czy da się pobiec bez przygotowania i wiele innych luźnych przemyśleń czyli [biegamy i jesteśmyfajni]

Ile potrzeba czasu aby przygotować się do pokonania półmaratonu? Trzy miesiące? Pół roku? Tydzień? Całe życie? Cóż moi drodzy, każda z tych odpowiedzi jest tak samo dobra jak zła. 

Ja, zapisując się na

39 Szczeciński PKO Półmaraton 

postanowiłem tego nie testować. Od kiedy w marcu ukończyłem 10 Półmaraton Poznań wiedziałem, że nadszedł czas ciężkich i regularnych treningów, na których być może wyleję hektolitry potu, kwasu mlekowego i łez ale osiągnę wymarzone efekty i życiówkę, pół roku później w moim  Szczecinie.

Gdzie popełniłem błąd?

A teraz siedzę i drapię się w głowę. Skoro to wiedziałem, to dlaczego do cholery pobiegłem w zeszły weekend bez żadnego przygotowania?

Tak, pierwsze półrocze 2017 było czasem zmian. Tak, był remont, dwie przeprowadzki, zmiana pracy – wszystkie te rzeczy o których już wiele pisałem i pewnie jeszcze sporo napiszę. Jak się teraz nad tym zastanawiam, to sam jestem w szoku, że wyszedłem w tym wszystkim na plus i nawet względnie bez bankructwa czy depresji, tylko lekko wyłysiały i z dodatkowymi kilogramami nadwagi, które przyszły z nerwowym podjadaniem i śmieciowym żarciem zamiast normalnych posiłków.

Ale gdyby się nad tym zastanowić, to chyba wcisnął gdzieś pomiędzy kilka treningów. Ok, wcisnąłem. Pomiędzy marcem a sierpniem było ich cztery. Łącznie przez cały ten czas pokonałem jakieś 15 – 20 kilometrów, co zaokrąglając w górę daje jakieś 133 metry treningu na dzień. Niespecjalnie znam się na biologii, ale wydaje mi się, że to trochę mniej niż przemierza dziennie ślimak winniczek albo reklamówka poruszana wiatrem.

Zresztą, nawet Katy Perry wie coś na ten temat

to jest trening!

Tak więc gdy we wtorek przed biegiem udało mi się pokonać najdłuższy treningowy dystans 8 kilometrów poruszając się w tempie wspomnianej wyżej reklamówki (7:30 na kilometr) wiedziałem, że chyba jednak gdzieś popełniłem błąd.

Śmierć, kalectwo, kontuzja, upokorzenie

Te wszystkie rzeczy przepowiadali mi ci, którzy wiedzieli jaki jest stan mojej kondycji na dzień przed biegiem. Nie zrażony postanowiłem jednak odebrać pakiet i pobiec.

Kilka słów uznania na temat wydawania numerów – podobnie jak w zeszłym roku wszystko przebiegało super sprawnie i właściwie bez żadnej kolejki (wielki plus). Sam pakiet niestety nie zachwycił – koszulka, smycz i stos ulotek, które i tak idą od razu do kosza. Najciekawszym gadżetem była karta pierwszej pomocy – gdy (oby nie) zasłabniecie kiedyś na ulicy, wówczas człowiek, który pierwszy będzie Was okradał (żartuję, który zdecyduje się Wam pomóc) łatwo uzyska informacje o alarmowych kontaktach, chorobach, uczuleniach itp.

Wiele osób przyczepiło się do jakości koszulki z pakietu. Faktycznie – nie jest to nike czy 4F, ale jeśli mam być szczery, to trochę się dziwię, że stosunkowo zaawansowani zawodnicy (skoro ktoś startuje na 21 kilometrów to raczej nie są to jego pierwsze kroki w tym sporcie) mają tak wielki problem z tym, aby wyjąć z szafy jakąkolwiek koszulkę i w niej pobiec. Mam w domu tyle „pakietowych” koszulek i nawet te najlepsze nie mają startu do przyzwoitej koszulki kupionej w sklepie. Zresztą, tak na prawdę to wolę taki materiał niż ten gruby i śliski, który od dwóch lat króluje na półmaratonie w Poznaniu.

A wracając do pakietu – to dałbym spokój tej koszulce, ale faktycznie uważam, że można nad nim (pakietem)popracować. Po raz kolejny spoglądam na stolicę Wielkopolski – ile radości może sprawić taki marynarski worek na ramię – widuje go dwa lata po biegu w różnych zakątkach kraju. Koszulki leżą gdzieś w szafie – chociaż to i tak lepiej od ulotek, bo te dawno są już na wysypisku. I jeszcze jedno – w moim pakiecie nie było agrafek, chociaż zapewniono mnie, że będą (kolega miał to samo).

Teraz zostawię jednak w spokoju ten nieszczęsny pakiet i wrócę na chwilę do swoich odczuć przed startem. Już mogę się przyznać, że nawet gdy obudziłem się w niedzielę rano i żułem smętnie ugotowany dzień wcześniej makaron (JAK.JA.NIE.ZNOSZĘ.MAKARONU) to gdzieś tam z tyłu kłębiły mi się myśli „a może jednak nie iść, przecież nie dam rady”. Szczęśliwie, dzień wcześniej obiecałem Piotrowi, z którym planowaliśmy wspólny start, że schowam mu telefon – w takim wypadku po prostu TRZEBA było się pojawić. Nie ma co ukrywać, gdyby nie ta obietnica, to bardzo możliwe, że bym spękał ;)

nawet jedząc makaron ze świnką peppą czuję, ŻE NIENAWIDZĘ MAKARONU!

Chwilę przed startem mam pewne obawy

W tym miejscu pozwolę sobie zaznaczyć, że strefa startowa „D” to zdecydowanie najlepsze miejsce jeśli chcecie dobrze się bawić na zawodach. Fakt, w strefach A i B stają najszybsi. Ci z „C” aspirują, więc pewnie to poważni zawodnicy, którzy na serio podchodzą do treningów. A w D? Tutaj staje się dla atmosfery i dla znajomych twarzy wokoło. Jest tu nawet budka z burgerami!

niestety zamknięta. Jak żyć biec

Dodatkowym plusem jest fakt, że gdy już padnie wystrzał startera nie trzeba się od razu zrywać do lotu – dotarcie do linii startu zajęło mi około 4 minut. Do Poznania jeszcze daleko (tam, gdy biegacze z pierwszej strefy już biegli ci z ostatniej mogli spokojnie iść jeszcze na solarium (tylko po co, to niezdrowo!) lub zjeść kebaba na cienkim, z ostrym sosem (jedyny prawdziwie męski kebs). I jeszcze wystartować z innymi.

Trasa – ta sama a jednak odmieniona

Trasa szczecińskiej połówki ma bogatszą historię niż przeszłość Britney Spears. Zmieniały się główne ulice biegu, zmieniały się miejsca startu, raz wybuchła afera z jej długością (to ile kilometrów miał tamten półmaraton?) – taka tradycja zobowiązuje, nie ma to tamto.

Już w zeszłym roku szlak biegu, choć nie najszybszy – był bardzo malowniczy. Zawdzięczał to rundce po Wałach Chrobrego (dla nietutejszych – najbardziej znana atrakcja polskiego Szczecina wybudowana przez Niemców) ale przede wszystkim wgryzieniu się w uliczki starego Pogodna. Pamiętam, gdy kiedyś (dawno temu, gdy Was jeszcze nie było na świecie, chyba w 2014) biegło się po prostu w tą i z powrotem kilometrami po ulicy Wojska Polskiego – było to tak nudne, że można było sobie odparzyć pośladki. Teraz, choć jest dużo bruku, krążenia i zakrętów – trasa jest świetna.

Na plus zaliczam też fakt, że (specjalnie, lub z musu) organizatorzy postanowili ją delikatnie przemodelować, dzięki czemu różniła się nieco od zeszłorocznej. – nie było monotonii, za to było sporo fajnych akcentów i jeszcze więcej spontanicznych kibiców, którzy zamiast marudzić, że nie mogą dojechać do sklepów postanowili wyjść i podopingować biegaczy. Było to mega pozytywne i chociaż czasami, gdy biegnę na oparach sił to wkurza mnie setna osoba z rzędu, która stoi przy ulicy waląc chochlą w garnek to po czasie jednak to doceniam. Zawsze to milsze niż ci, którzy w autach na biegu stoją i podjeżdżają po 5 centymetrów aby tylko wjechać pomiędzy biegaczy bo przecież strasznie im się spieszy.

TO ZDJĘCIE JEST BEZ SENSU MILORDZIE!

Cieszę się też, że nawrotka (czy też agrafka) na Żołnierskiej i Mickiewicza była stosunkowo krótka – wiele razy pisałem, że nie lubię tak biegać w tą i z powrotem i to zdanie podtrzymuję.

A meta i strefa finishera na Jasnych Błoniach to po prostu klasa sama w sobie. Porównując po raz kolejny do Poznania i tłoku jaki panuje na Międzynarodowych Targach Poznańskich – to po prostu niebo a ziemia.

wpłynąłem na zielonego przestwór oceanu…

Czy można przebiec półmaraton bez przygotowania?

Właśnie, czas odpowiedzieć na tytułowe pytanie. Można.

Koniec.

No dobra, rozwinę nieco temat.

Pomimo tego, że od końca marca moje treningi nie istniały, to mam jednak jako takie doświadczenie na tym dystansie (nie mylcie doświadczenia z sukcesami). Pomimo tego, tak długie roztrenowanie rodzi kilka problemów i brak kondycji nie jest jedynym z nich.

Najpierw co do kondycji właśnie – tak na prawdę nie byłem pewien, czy mój organizm w ogóle podoła trasie. Polegałem na tym, że kilka razy w życiu pokonałem już 21 kilometrów (właściwie ten dystans zawsze biegam tylko na półmaratonach, treningi zawsze robię krótsze) i nadziei, że jeśli padnę, to ktoś musi w końcu potknąć się o takie wielkie zwłoki leżące na drodze.

Aby nie było mi smutno, podczas biegu trzymaliśmy się razem z Piotrem i Agatą, których przygotowania opierały się na 3 – 5 kilometrowych startach raz – dwa razy w tygodniu od dwóch miesięcy. Oni do ostatniej chwili nie byli pewni, czy dadzą w ogóle radę pokonać 10 kilometrów ciągle biegnąc. I dali – mało tego, wszyscy przybiegliśmy na metę w podobnym czasie około 2 godzin i 30 minut.

Z kronikarskiego obowiązku dopiszę tylko, że Piotr był pierwszy, ale to się nie liczy, bo z całą pewnością oszukiwał i trenował więcej ;)

albo nie trenował, tylko przenosił się przez kabiny teleportacyjne ukryte w toi – toiach?

Jednakże – poza kondycją są też inne problemy, o których na początku nie myślałem a które potrafią dać się we znaki bardziej niż świszczący oddech. pomyślcie na przykład o OBTARCIACH.

Mam taką dziwną budowę ciała, że gdy biegam, dość mocno obcierają mi się wewnętrzne strony nóg w okolicy, której nazwy nie wymienię, ale gdybym miał ją przyrównać do śniadania to było by to English Breakfast – czyli jajka i parówka (bez fasoli). Ok, niech będzie, powiem, chodzi o pachwiny. Przy regularnych treningach delikatna w tym miejscu skóra po prostu się uodparnia. Przy krótkich wyprawach biegowych być może popiecze, ale też nie ma dramatu. Natomiast po 21 kilometrach dramat zdecydowanie jest – zaraz po biegu byłem tak poobcierany, że czułem się jakbym wracał nie z półmaratonu a z gejowskiej orgii w darkroomie.

Zresztą, w chwili gdy piszę te słowa jest już dużo lepiej, ale ciągle chodzę tak, że ludzie na ulicy ewidentnie muszą podejrzewać, że postanowiłem zmienić orientację seksualną i właśnie mam za sobą swój pierwszy raz. TO OD BIEGANIA WY CHORE ZBOCZUCHY!!!

Przy okazji, mała uwaga. Zawsze, kupując rzeczy do biegania trochę podśmiewałem się z ubrań bezszwowych, że nicy takie PRO i że złej baletnicy to nawet rąbek u spódnicy szew przeszkadza. Nigdy nie popełniajcie tego błędu co ja! Szczególnie kupując spodenki.

Co do zakwasów, to ani ja, ani Agata z Piotrem nie cierpieliśmy specjalnie następnego dnia.

Czyli nie licząc tego, że przez tydzień chodziłem jak kowboj z powodu otarć – da się. Ale nie próbujcie tego na sobie – aby osiągnąć takie efekty trzeba być albo wyjątkowo odpornym (Piotr, Agata) albo wyjątkowo głupim (ja).

Wrażenia z trasy

W tym miejscu miałem opisywać wrażenia z trasy, ale zorientowałem się, że piszę ten tekst jakiś tydzień i końca nie widać. Wrażeń nie będzie. Tylko kilka zdjęć.

Plusy dodatnie / plusy ujemne

Skoro już się zorientowałem, że najwyższy czas kończyć ten tekst czas na małe podsumowanie biegu. Dziś na początek plusy ujemne, czyli dla tych z Wasm którzy musieli poprawiać matematykę na maturze, albo jej po prostu nie mieli (ha, brawo ja!) – chodzi o minusy. Co więc mi się nie podobało?

– myślę… serio, przez chwilę patrzyłem się w bok i myślałem. Nie ma chyba takich rzeczy, wiecie? Nie, jednak kilka znajdę.

– Uważam, że organizatorzy biegu powinni stanowczo unikać reklamówek. Po prostu wkładanie do nich rzeczy nie wychodzi im na dobre. Reklamówka z pakietem startowym nikogo nie zachwyciła, a reklamówka wręczana za metą wywołała zdziwienie i pretensje co poniektórych. Wnioski – dajcie spokój z tymi reklamówkami a z pewnością będzie lepiej.

chociaż na zdjęciach wypadają kozacko

– Brak jedzenia po biegu – w sumie miałem o tym nie pisać, bo prawie nigdy z niego nie korzystam. No, chyba, że dają grochówkę, to wtedy nie mam szans. Zwykle jednak nie chce mi się stać po makaron sosem czy inny posiłek regeneracyjny. Organizatorzy chyba przemyśleli pretensje, jakie kierowali w ich stronę biegacze rok temu (przed punktami z jedzeniem tworzyły się duże kolejki) i zamiast wydawać tradycyjne posiłki, każdy zaraz po otrzymaniu medalu dostawał w rękę reklamówkę z piciem i dwoma batonami. Mi to pasowało i początkowo byłem zdziwiony, dlaczego tyle osób na to narzeka – przecież lepiej iść zjeść coś  smacznego w domu czy w mieście niż ten makaron z plastikowej miseczki. Potem jednak poczytałem trochę na facebooku, gdzie wypowiadali się np. przyjezdni uczestnicy półmaratonu – dla których brak takiego posiłku często oznacza powrót pociągiem do domu o pustym żołądku, tylko na tych dwóch batonach. W tym przypadku chyba nie ma złotego środka, ale jak wspomnę te rzesze, które zawsze po biegu wcinają coś na ciepło, to chyba lepiej, aby to jedzenie jednak było. A tak w ogóle, to czy nie mówiłem? Wszystkiemu winne reklamówki!

– Pociąg. Znacie taki tekst z pokazywaniem na oko i mówieniem „a jedzie mi tu pociąg” gdy ktoś powie coś bardzo nieprawdopodobnego? Cóż, tak pewnie powiedzieli by organizatorzy, gdyby ktoś przed biegiem powiedział, że niektórzy uczestnicy zostaną zablokowani przed przejazdem kolejowym. I co? Pociąg pojechał – ale to już akurat nie wina biegaczy, tylko PKP – które wiedziało, żeby składu na tory nie puszczać a i tak puściło. Cóż, skrót PKP czyli Pięknie, Kurwa, Pięknie nie wziął się znikąd. Ja mam na to tylko jeden komentarz…

(wow, święta makrelo, chwilę po napisaniu tego tekstu przeczytałem odpowiedź PKP na skargę z powodu tej sytuacji. Są w niej komputery, telegramy, nieszczęśliwe wypadki i polska służba zdrowia – zresztą sprawdźcie sami, KLIK!)

Poza tym wszystko mi się podobało. Nie kłamię. Pogoda, trasa, kibice (to co działo się przed metą to po prostu mistrzostwo), lokalizacja startu i mety, inni biegacze, nawet ja sobie się podobałem w tej nowej – starej sportowej odsłonie.

Nie ma sensu się nad tym rozwodzić – po prostu po raz kolejny okazało się, że szczeciński półmaraton jest w rękach właściwych ludzi i niech tak już zostanie. Wprawdzie nie dam dziesiątki, ale bieg dostanie ode mnie …

9 na 10 punktów w skali fajności

Na ten ostatni punkt niech sobie jeszcze zapracują.

A ja już teraz myślę, że przed przyszłym rokiem wreszcie popracuje ciężko nad moim wynikiem na mecie. Albo wezmę się za treningi jeszcze później niż teraz. Jeszcze nie postanowiłem ;) 

Ps: Znacie to uczucie, gdy biegniecie w jakiejś mega imprezie, wyglądacie jak sto baniek, wszystko jest na tip-top a po wszystkim nie ma nawet jak przykozaczyć na facebooku bo macie do dyspozycji tylko te biedne miniaturki z fotomaratonu? Cóż, teraz jest zupełnie inaczej. Dzięki organizatorom, ekipie dulny foto i temu, że właśnie Wam o tym piszę możecie ściągnąć sobie pełnowymiarowe zdjęcia ze strony fotomaraton zupełnie za darmo. Niech Was nie zrazi, że na stronie jest napisane, że trzeba płacić. Wystarczy włożyć zdjęcia do koszyka i pobrać. Wprawdzie trzeba się trochę naklikać, ale chyba warto, co nie? A wybór najlepszych (najlepszych, bo mnie na nich nie ma) fotek od tej ekipy znajdziecie TUTAJ. Od nich pochodzi teżwiele zdjęć, które skradłem sobie do tego wpisu – dzięki Panowie!

PS2: A tu macie inną relację. Nie tak złą jak moja ale i nie tak dobrą. Czyli właściwie jaką? To już musicie zbadać sami – KLIK)

PS3: ZDJĘCIA, więcej ZDJĘĆ

PS7: Jeszcze Wam mało? To zajrzyjcie do tej galerii od jestesmyfajni – P. nastała się aparatem na trasie i również trochę Was obfotografowała. Chwila, czy ja już jej za to podziękowałem? Oj, muszę spadać, dzięki, że czytaliścieeeeeeeeee e e

6 komentarzy na temat “329. Półmaraton Szczecin nr 38 – dlaczego organizatorzy powinni unikać reklamówek, czy da się pobiec bez przygotowania i wiele innych luźnych przemyśleń czyli [biegamy i jesteśmyfajni]

  1. Byłam przy pakowaniu pakietów, mogę wziąć na siebie brak agrafek :) Szkoda, że wywaliłeś wszystkie ulotki – były lody gratis i zniżka na smaczny obiad. Żałuj teraz! Swoją drogą, niby tylko papiery i smyczka do reklamówki, a zajęło sporo czasu. Chwilowo nie mogę biegać, ale fajnie było zobaczyć imprezę z drugiej strony. Cieszę się, że przeżyłeś i mogłeś opisać swoje wspomnienia. Pozdrawiam chwilowo niebiegowo, ale od 3 października rusza kolejna edycja „zacznij biegać, to nie jest trudne” godzinę przed Wieczornym Bieganiem więc zacznę wszystko od nowa. Może przyjdziesz?

  2. W Warszawie za pasta party trzeba zapłacić 17 polskich złotych! Poupadali na głowę! W Krakowie to standard że dostajesz na mecie siatkę z papu. Mi to pasuje, bo właśnie nie ma tych kolejek. No i co się uczepiłeś tego porównania z Poznaniem? :D ja nie wiem tej. Koszulki teraz są spoko, cienkie, a nie te bandaże sprzed… ee 3 lat?

  3. Szkoda ze nie bylo punktow gastronomicznych, w ktorych mozna by było kupić zupę lub inny ciekawy posiłek.
    Podkreślam kupić bo stać w mega kolejce po biegu za darmową miską „czegośtam” w talerzu to nietrafiony pomysł.
    Trasa ciekawa- rzeczywiscie duzo kibiców w roznych miejscach, ale nie jest to trasa na bicie źyciowki. Też daję 9 na 10 w skali fajności. 😀

    • KD – dobra ocena, zgadzam się z nią :) Co do punktów gastronomicznych, to nie jeden pewnie chętnie by się tam ustawił – ciekaw jestem co zawiniło – czy miasto się nie zgodziło, czy może organizator? Temat do zbadania… Choć z drugiej strony znając niektórych wiecznie niezadowolonych to pewnie by się podniosły głosy, że PŁACIĆ TRZEBA A GDZIE INDZIEJ ZA DARMO DAWAJOOOO

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.