341. Minęło kilka lat a ja ciągle tu jestem

Dzień dobry ! W nawiązaniu do rozmowy telefonicznej przesyłam… a nie, to nie to okno.

Tak się ostatnio przyzwyczaiłem do pisania maili zaczynających się od tych słów, że już chyba automatycznie wychodzą mi spod palców. Trochę gorzej sprawy mają się z tekstami na bloga. Zrobiłem ostatnio rachunek sumienia i wyszło mi, że chociaż w głowie ciągle przelewają mi się różne pomysły, to nie udało mi się napisać nic dłuższego niż mail do klienta od jakichś dwóch miesięcy.

Tragedia? Niekoniecznie. Kiedyś, dawno dawno temu, mój przyjaciel (ej, człowieku, nie widziałem Cię chyba ze dwa lata, niedługo zdegraduję Cię na kolegę) powiedział mi, że podoba mu się, iż to co piszę jest niewymuszone i widać, że nie robię tego na siłę.

Dlatego też, ostatnimi czasy nie pojawiało się tu zbyt wiele rzeczy – bo gdybym miał się za coś zabierać, to z pewnością bym się z tym męczył. Wena do pisania na jakiś czas ode mnie odeszła i nawet przez pewien czas wydawało mi się, że to stan permanentny.

Na szczęście jakiś czas temu usiadłem na chwilę do komputera, aby odpisać na nie-służbowego maila i BUM – okazało się, że słowa znowu wychodzą mi spod palców. Nie jest więc aż tak źle, nadal potrafię przelewać słowa na klawiaturę.

Dlaczego więc nie było mnie tu tyle czasu i czemu postanowiłem odpuścić sobie 2018? Powodów jest kilka.

Cofnijmy się na chwilę do roku 2017. Długo będę wspominał ten czas, bo był to rok, kiedy kompletnie zidiociałem

Postanowiłem wówczas zmieniać swoje życie.

Zmieniłem miejsce zatrudnienia – porzucając firmę, w której pracowałem od ponad ośmiu lat. Stwierdziłem wówczas, że zarówno branża (w dużym skrócie – drogowa) jak i sposób pracy (w dużym skrócie – sprzedaż) nie są dla mnie i szczęście odnajdę gdzie indziej. Jak teraz na to patrzę, to być może i by mi się to udało, gdyby nie fakt, że postanowiłem dokonać zmiany o jakieś 180 stopni i z miejsca dynamicznego, nieprzewidywalnego oraz nieco szalonego przeniosłem się do firmy spokojnej i przewidywalnej aż do bólu.

Wstawiam tu tytułowe zdjęcie drogi na pustyni, nie ma związku z tekstem, ale ściągnąłem je z darmowej bazy zdjęć – sam fakt, że jest legalne poruszył mnie tak, że musiałem je tu umieścić

Z perspektywy czasu muszę przyznać, że było to odświeżające doświadczenie, ale chyba nie do końca dla mnie odpowiednie – po roku pracy korzystając z możliwości, jaką przede mną postawiono przeniosłem się z powrotem do tej samej branży – z tą różnicą, że teraz pracuję w mniejszej firmie, mam więcej pracy i jest ona jeszcze bardziej szalona.

Czy popełniłem błąd? Jakiś czas temu nie byłem tego do końca pewien. Teraz stwierdzam jednak – W ŻADNYM WYPADKU. Wyrwałem się wówczas z toksycznego miejsca, którego jedyną zaletą były pieniądze i garstka ludzi z którymi miałem okazję pracować. Sprawdziłem, jak to jest być pracownikiem dużej korporacji (kiedyś o tym napiszę) i dlaczego nie jest to chyba miejsce, w którym mogę odnaleźć zawodowe spełnienie. Teraz na nowo robię to na czym się znam, tyle że lepiej na tym wychodzę i pierwszy raz od wielu wielu lat nie wracam codziennie wkurwiony do domu. Maks co drugi dzień ;) A dodatkowo, jako bonus, w korpo poznałem kilka fajnych osób, którymi kontakt mam do dziś.

Drugą oznaką mojego zidiocenia była myśl o przeprowadzce – która to myśl przerodziła się w czyn, a ostatecznie sprawiła, że mieszkam zupełnie gdzie indziej. Może niezupełnie gdzie indziej, bo jakieś 5 minut drogi piechotą od starego miejsca, ale mieszkam lepiej i jestem z tego faktu zadowolony. Nie zmienia to faktu, że zanim doszedłem do tego stanu przeżyłem piekło. Piekło formalności, przeprowadzek, remontu oraz urządzania mieszkania. Gdybym miał teraz zacząć o tym pisać, musiałbym poruszyć wiele bolesnych wspomnie (nie mam na to siły) a ten tekst musiałby być kilka razy dłuższy, co obawiam się mogło by być nie do zniesienia. Umówmy się więc, że o tym też napiszę kiedy indziej.

Obie te rzeczy (przeprowadzka i zmiana pracy) wytrąciły mnie na długo z mojego blogowo – biegowo – pisarskiego planu i sprawiły, że sam sobie dałem przyzwolenie na lenistwo. Ale ile można się tłumaczyć czymś, co wydarzyło się dwa lata temu?

Tak więc, kiedy niedawno zajrzałem do panelu administratora bloga i odkryłem, że nie logowałem się tutaj od tak dawna, że na monitorze zaczynają wyświetlać mi się pajęczyny, stwierdziłem, że wszystkie przyczyny, które odciągały mnie od pisania są już nieaktualne. Może mam jeszcze trochę za mało czasu, ale to już szczegół, z którym mogę walczyć, bo jeśli mam być szczery to mnóstwo tego cennego czasu marnuję, więc chyba dam radę wykroić trochę produktywnych chwil. 

Dlatego właśnie postanowiłem napisać ten tekst i chociaż nie miałem ani pomysłu, ani ogólnego zarysu, to chyba wyszło nieźle, naturalnie jeśli lubicie czytać do niczego nie prowadzące marudzenie. 

Ok, na koniec muszę się przyznać do jeszcze jednej rzeczy

Lubię czasami zajrzeć na blogi, które przez lata dodawałem do zakładki „ulubione” w mojej przeglądarce. Okazuje się, że poza kilkoma naprawdę profesjonalnymi miejscami, które stały się dla ich autorów czymś więcej niż tylko pisaniną od przypadku do przypadku – większość z nich albo już nie istnieje, albo straszą one pustką od długich miesięcy. A ja, jako człowiek z natury zły ;) czerpię przyjemność z tego, że jestesmyfajni żyje już od sześciu lat (tak, w 2019 mija tu 6 lat istnienia) i choć przez ten czas nie udało mi się skomercjalizować bloga, to ciągle chce mi się coś tutaj robić. W przeciwieństwie do moich koleżanek i kolegów po fachu. Tak więc – to jeszcze nie koniec, bo nie mogę przestać. Mam nadzieję, że nie czyni mnie złym człowiekiem?

Podsumowując – ciągle tu jestem i mam chęć do działania. Jeśli i Wy jeszcze tu jesteście – witajcie, dobrze Was widzieć i chociaż trochę mnie nie było, to mam nadzieję (więcej, mam przekonanie), że będziemy widywać się częściej. 

 

Jeden komentarz na temat “341. Minęło kilka lat a ja ciągle tu jestem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.